Witaj na polskim forum poświęconym sadze Heroes
of Might and Magic. Zarejestruj lub zaloguj się:

Pamiętaj:
0 Użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
Strony: [1]    Do dołu Wyślij ten wątek Drukuj
Rosiczki Atakują (Czytany 4253 razy)
Cahan
Człowiek - Szparag

*

Punkty uznania(?): 3
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiadomości: 751


Dragons, dragons everywhere

Zobacz profil
« : 24 Września 2014, 20:22:59 »
Myślałeś, że rośliny są niegroźne? Sądziłeś, iż fotosyntezują sobie spokojnie i nie knują planów przejęcia władzy nad światem? Myliłeś się, naiwniaku.
 Moi mili, przedstawiam wam najnowsze dzieło marki Cahan Szalona, pisane na konkurs literacki na mlp polska, które nie zajęło nic. "Rosiczki Atakują" to fanfik inspirowany horrorami klasy Ź, które są tak durne, że aż śmieszne. Tak, to swoista parodia, wzbogacona moją ponysoną i dawką botaniki.

https://docs.google....dit?usp=sharing

 
Czytajcie i nie zapomnijcie skomentować, bo Drosera regia nie śpi.


Rosiczki Atakują
[oneshot][comedy][random][biologia]
Autor: Cahan


„Myślisz, że rośliny są niegroźne? Uważasz, iż nie biorą udziału w grze o tron? Nie wierzyłeś, że one potrafią myśleć, a nawet się poruszać? A może śmiałeś sądzić, iż nie mają uczuć?
Ja też tak myślałam. Zanim rzuciłam pewne zaklęcie na stokrotki. Miało je powiększyć by starczyło na więcej kanapek, ale coś poszło nie tak. Wręcz bardzo nie tak. Moje niedoszłe śniadanie co prawda urosło do gigantycznych rozmiarów, ale zaczęło się przy tym ruszać i powarkiwać coś w nieznanym mi języku.
Przysięgam na Equestrię, że chciały mnie przerobić na nawóz! Gdyby nie Spike, to nie wiem jak by się to skończyło. Całe szczęście, mój mały smoczek był wtedy przy mnie i spalił te bestie. Ponyville uratowane, a Księżniczka Celestia nie dowiedziała się o tym przykrym incydencie. Miło.”
Pamiętnik Twilight Sparkle

Z rozkoszą przyjmowała poranne promienie Słońca, które ogrzewały jej oślizgłe ciało. Czuła słodki błogostan, kiedy w błonach tylakoidów rozpoczął się proces fotosyntezy. Energia dotarła do fotoukładów i ruszyła faza jasna. Drgnęła, gdy coś zaczęło się dziać w stromie chloroplastów. Tak, kochała przeprowadzać cykl Calvina-Bensona. Wówczas czuła się szczęśliwa i spełniona, szczególnie, kiedy miała pod dostatkiem czystej wody deszczowej.
Wchłonęła kolejną dawkę azotu, pobraną z dorodnego okazu muchy końskiej i z tej radości aż pobudziły się jej merystemy wierzchołkowe korzenia. Czapeczka niczym kret przebijała się przez kolejne warstwy torfu kwaśnego o pH równym trzy i pół. W strefie włośnikowej chłonęła monotlenek diwodoru, najbardziej życiodajny płyn ma świecie. Rozwinęła kolejny liść.
Uśmiechnęłaby się gdyby mogła. Przez całą noc tylko marzyła o tej chwili, kiedy zostanie dotknięta przez światło i obudzi się ze swoistego letargu. W zasadzie tak wyglądało całe jej życie. Ciemna pora doby była zdecydowanie za długa. Niestety zły los sprawił, że mieszkała obecnie na półkuli północnej i została skazana na okresy, kiedy dzień trwa ledwie parę godzin, a ona świat wyczuwała jedynie przez okienną szybę.
Wyciągała swoje mackowate liście ku światłu, by lśniły niczym diamenty. Inne rosiczki mogły jej tylko zazdrościć soczystości i wielkości. Regia czerpała z tego powodu niemałą satysfakcję. W końcu była Królową, Panią rosiczek i dumą Krwawego Ogrodu. Rosła w wysokiej doniczce, by jej długie korzenie nie stały w wodzie, a inni przedstawiciele rodzaju Drosera mogli podziwiać jej piękne ciało.
Pod nią rozpościerał się bajkowy krajobraz – setki donic wypełnionych krewniakami Regii. O tej porze roku wszyscy prezentowali się nadzwyczaj pięknie i dorodnie. Królowa ze smutkiem pomyślała, że lada dzień niektórzy powrócą do cieplutkich i jasnych terrariów. A przecież tęczowe petiolarisy i pigmejki wyglądały tak cudownie… Co gorsza, rosiczki tropikalne, do których ona sama należała, wrócą do domostwa niewiele później. Tylko zimnolubne odmieńce pozostaną tutaj przez cały rok.
Może nie była tak kolorowa jak rosiczki pigmejskie i grupy petiolaris, nie wypuszczała tak pięknych kwiatów jak trzy siostry, ale miała coś czego nie miała żadna inna przedstawicielka tego rodzaju – ona po prostu była zajebista i owady o tym wiedziały, wybierając właśnie ją. W końcu ich chitynowe pancerze gęsto pokrywały jej liście.
Nie kłamała, twierdząc, że jest najlepszą łowczynią w swoim rodzaju. Żadna inna roślina nie polowała na tak duże ofiary jak Regia, choć kapturnice i dzbaneczniki mówiły co innego. Jednak ta konkretna Drosera regia była sporo większa od normalnych przedstawicielek swojego gatunku.
Nie musiała bać się burzy, gradobicia i wichury. Szkodniki również jej unikały. Słońce nie mogło przypiec Królowej za mocno. W Zebrice, jej ojczyźnie była nietykalna, niezniszczalna i niepokonana. Tutaj martwił ją jedynie zbliżający się koniec lata, kiedy to niebo zakryją chmury, a dzień zacznie ustępować nocy, które przynoszą zimno, koniec fotosyntezy i brak ofiar.
Zdelegalizować noc! – pomyślała Drosera regia.
Przez chwilę zastanawiała się nad tym pomysłem i doszła do wniosku, iż jest zdecydowanie niegłupi. W końcu cały rok mógłby być cieplejszy i bardziej słoneczny. Zaś zimę należało zdecydowanie usunąć z kalendarza. Wówczas przez całą wieczność mogłaby cieszyć się życiem na świeżym powietrzu, a nie być zabieraną do pomieszczenia i wegetować na parapecie.
Zresztą na tym skorzystaliby prawie wszyscy – kucyki nie musiałyby marznąć i zbierałyby plony nawet cztery razy w ciągu roku, rosiczki przez cały czas mogłyby sobie pozwolić na wysokie nasycenie tkanek chromoplastami i nie przeżywałyby tortur nadmiernego wzrostu elongacyjnego spowodowanego niedostateczną ilością światła. Natomiast zwierzęta będą mogły zapomnieć o męczącym śnie zimowym.
Na dodatek marzenie Królowej dało się zrealizować. Szybko ułożyła w merystemie wierzchołkowym pędu plan, który zapewni dobrobyt całemu jej rodzajowi.
W sumie, gdyby udało się wyeliminować Lunę, Boginię Nocy… Co prawda nasza ukochana Pani Dnia również jest zdolna sprowadzić na nas ciemności, niemniej jednak zdecydowanie nie oprze się pokusie wydłużenia czasu, przez który Słońce wisi na nieboskłonie. Szczególnie, kiedy ją poprosimy… Może i to herezja, może nie powinniśmy buntować się przeciwko Bogom, ale to sprawa światła, i ciepła! A przecież w życiu rosiczki nie ma nic ważniejszego!
Królowa podjęła decyzję.
Skupiła się najmocniej jak tylko potrafiła i uwolniła w powietrze setki tysięcy związków chemicznych, które szyfrowały pradawną pieśń wojenną jej rodzaju.

Przybądźcie rosiczki do swej wielkiej Królowej!
Ave Regnum Plantae, ave Familia Droseraceae!
Ku potędze rodzaju, rodziny i mojej!
Ave magna Type Drosera, ave Clade Angiospermae!

Niech z torfu wyjdą wasze korzenie,
Gdy młode nasiona pokryją ziemię,
Liście ku Słońca promieniom wyciągnij
I trawiennym kwasem żrącym ocieknij!

Me kwiaty są różowe, a włoski czerwone,
Ecce ego ad te, regina, audire voluntas magnum!
Pokryto świeżą rosą me liście zielone,
Potens simul et malum vincere tenebris Lunae Regnum!

Rozwińcie kwiaty, niczym barwne chorągwie,
Pomóżcie w wielkiej armii budowie!
Strawimy wroga oraz zabijemy,
Jesteśmy rosiczkami, tego chcemy!

Z rosnącym zadowoleniem obserwowała jak jej wojownicy budzą się do życia i rosną, wzbudzeni mocą prastarej magii. Z drobnych, często niemal niezauważalnych roślinek, zamieniali się w stopniowo w istne maszyny do zabijania. Nawet najmniejsza z rosiczek pigmejskich zyskała rozmiary kucyka. Wszystkie również zyskały niesamowitą ruchliwość.
Ją także objęło zaklęcie i teraz jej mackowate liście były długie na cztery metry. Mogła machać nimi do woli z ogromną prędkością i morderczą precyzją. Trzepnęła kilka razy na próbę jednym ze starszych mezofili. Efekt ją zadowolił.
Tego dnia w Krwawym Ogrodzie poległy dwa miliony trzydzieści pięć tysięcy sto dwadzieścia cztery stawonogi. Owady, wije i pająki. Zginęło również dziesięć myszy, pięć szczurów, jeden biały królik oraz kilkanaście ptaków.
Przedstawiciele rodzaju Drosera czekali niecierpliwie aż Królowa przemówi. Wiercili się i krzyczeli radośnie:
– Ave Regnum Plantae! Ave Type Drosera! Ave Regina Drosera regia!
Regia uśmiechnęła się pod młodym liściem. Objawiło się to jedynie większą ilością tlenu oddanego do atmosfery. Postanowiła zadowolić swoje małe rosiczki.
– Moi poddani! Mocą nadaną mi przez bogów, rosiczki i samą siebie, ogłaszam wam dobrą nowinę! Postanowiłam w końcu zakończyć terror Lunarnej Bogini, która sprawia, że nasz rodzaj nie może zasiedlać torfowisk tego kraju! Owadożery Caballusi, łączcie się, bowiem dzisiaj ruszamy na wojnę!
Krwawy Ogród ogarnął aplauz tysięcy gatunków, podgatunków i kultywarów. Najgłośniej cieszyły się petiolarisy, pigmejki i rośliny tropikalne. Tylko Filiformis, Binata, Obovata, Intermedia, Anglica i Rotundifoila wyglądały na niezadowolone i już chciały zaprotestować, ale Regia zauważyła co się święci i dodała:
– Dla was zrobimy specjalną strefę klimatu umiarkowanego.
Stężenie tlenku węgla cztery wzrosło o pół promila – gatunki zimnolubne musiały odetchnąć z ulgą.
– Jaki mamy plan, Pani? – zapytał mały Scorpioides.
Spojrzała na pokrytą gemmae pigmejkę i odpowiedziała spokojnie:
– Musimy jakoś dotrzeć do Canterlot i zabić Lunarną Ciemiężycielkę, a następnie poprosić Solarną Dobrodziejkę o parę zmian na świecie. Jeśli nie będzie chciała współpracować, to użyjemy siły.
– Ave Regina Drosera regia! – ponownie wydarły się rosiczki.
– Strawić Złą Boginię! Strawić! Wchłonąć!
– Equestria wreszcie stanie się naszym domem! – skandowały Spatulaty.
Regia wstała, wychodząc sobie z doniczki, jak gdyby nigdy nic. Inni podążyli za jej przykładem. Zajęło im to dużo czasu, ponieważ po przemianie ich korzenie stały się ogromne i porozsadzały te kawałki maretońskiego plastiku, a przecież żadna szanująca się rosiczka nie będzie podbijać equestriańskiej stolicy z jakimiś śmieciami dyndającymi z ciała.
– Żołnierze! Kim jesteście?! – krzyknęła.
– Rosiczkami! – odpowiedziały chórem.
– Gdzie idziemy?! – Regia jeszcze bardziej podniosła swój donośny, chemiczny głos.
– Na wojnę! – rosiczki darły się coraz intensywniej.
– Po co idziemy?!
– Po azot!
To najpiękniejsza chwila w moim życiu… Zaraz po tej jak złapałam młodą ryjówkę. Trawiłam ją przez dwa tygodnie, ale było warto.
Omiotła spojrzeniem swoją armię i uznała, że potrzeba jej jakiegoś sprzętu oblężniczego, ponieważ o ile mogły mordować kucyki przy pomocy wydzieliny z trawiennych włosków gruczołowych, o tyle sforsowanie jakichś drzwi wymagało już profesjonalnych narzędzi.
Wypatrzyła grabie oparte o ścianę domostwa Bogini Cahany. Drosera regia uznała, że Matka Rosiczek nie obrazi się za pożyczenie tego sprzętu. W końcu zawsze zależało Jej na dobru swych dzieci.
– Ej, ty! Tak, do ciebie mówię, Adelae! Weź te grabie, przydadzą nam się podczas oblężenia drzwi od sypialni! – zwróciła się do cienkolistnej, czerwonawej rosiczki.
Siostra z Queensland chwyciła przedmiot przy pomocy spodniej strony liścia. Miała na tyle rozsądku, by nie narażać całej akcji na niepowodzenie spowodowane rozpuszczeniem drewnianego kija przez soki trawienne. Co prawda Regia nie wiedziała czy wydzielina gigantycznej rosiczki jest w stanie strawić ligninę, ale wolała nie próbować.
– Generale Capensis Albino!
– Tak?
Stawiła się przed nią dorodna roślina z białymi włoskami i liśćmi osadzonymi na długich ogonkach, tworzących rozetę.
– Jak stan naszej amunicji? – zapytała się.
– Torebki nasienne są niemal dojrzałe, kiedy dojdziemy powinny być już gotowe.
– Doskonale, doskonale.
Tysiące nasion… Pod takim ostrzałem nic się nie uchowa. Szczególnie, że już ja zadbam by wykiełkowały błyskawicznie. Dziś Canterlot, a jutro cały świat!
– Mwahahaha! – zachichotała Drosera regia. – Rosiczki! Formować szyki! Wyruszamy!
Z dumą spoglądała na swoje oddziały, które ułożyły się w idące jeden za drugim roślinne kwadraty. Na przedzie szło komando Tropical Tigers, następnie Petiolaris Death, Pygmy Sword, Queensland CKM, Tuberous Tornado i Temperate Sundews. Maszerowały równo, w szyku i w takt mrocznej muzyki idącej tak: tam tam tam tam ta tam tam ta tam tam ta tam tamta tam tamta tam.
Efekt ją zadowalał. Wyglądali dumnie i groźnie, przebierali miarowo swoimi korzeniami i potrząsali długimi na kilkanaście metrów pędami kwiatowymi. W razie potrzeby mogli używać ich jako korbaczy. Zaś silne liście bez problemu mogły owinąć się wokół kucyka i strawić go żywcem.
Czy mogło istnieć coś piękniejszego od szlachetnych żołnierzy, którzy idą walczyć o słuszną sprawę, a ich oślizgłe liście kołyszą się w rytm kroków? Tak, może. Ich Królowa.
Zastanowiła się, czy iść na czele, czy na tyłach, by obserwować poczynania swoich dzielnych wojowników. Po chwili namysłu zdecydowała się na tę drugą opcję, ponieważ wciąż nie była pewna lojalności rosiczek zimnolubnych, dla których klimat Equestrii stanowił w końcu ideał. Współczuła im nawet, jednak jako Królowa musiała dbać przede wszystkim o dobro ogółu i swoje własne.
– Wasza Oślizgłość, jak my właściwie dotrzemy do Canterlot? – Capensis Albino wyrwał ją z marazmu, spowodowanego taktycznymi planami o obiedzie z kucyka.
– A to jest dobre pytanie, generale! Ale znam rozwiązanie tego problemu.

***

Obudziło ją donośne pukanie do drzwi. Podniosła łeb z poduszki i parokrotnie zamrugała zielonymi oczyma, by ponownie je zamknąć, i z powrotem klapnąć na posłanie. Przewróciła się na drugi bok, po czym zatkała ucho kopytem. Miała nadzieję, że przyjaciel się znudzi i sobie pójdzie. W końcu kto inny ośmieliłby się ją budzić przed południem?
PUK! PUK! ŁUP!
Okropny rumor oznaczał, że ktoś próbuje wyważyć jej drzwi i raczej nie przestanie, jeśli jednorożec nie zareaguje. Tego było już za wiele. Klacz poczuła wielką wściekłość. Zerwała się na równe kopyta i z głową zajętą mroczną wizją prania zadków oraz wyrywania kończyn pogalopowała ku wejściu.
Już ja pokażę tym kretynom, co sobie myślę o porankach z przyjaciółmi! O tej porze ja nie jestem niczyją przyjaciółką, mogliby to sobie w końcu zapamiętać! – pomyślała.
Objęła klamkę magią i pociągnęła do siebie, szykując się do powitania z kopa nieproszonych gości.
Szczęka jej opadła. Widziała w życiu wiele rzeczy, ale nie zmutowane rosiczki giganty. Na dodatek wszystko wskazywało na to, że te rośliny należały do niej. Przyznała w myślach, że wyglądały przepięknie. Duże, dorodne, zdrowe, wybarwione.
– Umarłam i jestem w Krainie Wiecznego Lata, tak? – jęknęła.
– Bogini Cahan, my, twoje dzieci mamy do ciebie prośbę – usłyszała głos w swoim umyśle.
Gadająca rosiczka? I jeszcze zostałam Boginią. Miło, że coś mi się w życiu udało. O! I mam armię własnych roślinnych mutantów. Cudownie! Teraz mogę podbić świat i mogę zapomnieć o studiach, i pracy.
Roślina, która przed nią stała niegdyś musiała być Droserą regią. Świadczyły o tym nie tylko ogromne rozmiary i ociekające sokami macki, ale również sam charakterystyczny pokrój rosiczki królewskiej.
– Regio… Jak ty wyrosłaś – szepnęła ze łzami w oczach. – Mów czego chcesz, maleńka!
– Matko… Potrzebujemy Cię, ponieważ nie wiemy jak dostać się do Canterlot, by obalić tyranię Bogini Luny.
Klacz zwana Cahan zamyśliła się i podrapała tylnym kopytem po ganaszu. Nie miała żadnego pomysłu na przemycenie do Canterlot armii krwiożerczych roślin. Nie musiała by się przejmować odcinkiem Ponyville-stacja kolejowa, gdyby nie jedna mała rzecz.
Księżniczka Twilight Sparkle i jej Elementy Głupoty. Magia. Rolnictwo. Tchórzostwo. Lenistwo. Narcyzm. ADHD. Tak, codziennie widywała je w miasteczku i była pewna, że te cholery wszystko zepsują. Dlatego należało wywabić je z miasteczka, zaś resztę mieszkańców zająć czymś absorbującym. Celestia i Luna nie mogły zostać ostrzeżone.
Granatowa klacz podjęła decyzję.
– Dworzec kolejowy znajduje się na południe od tego miejsca. Ukryjecie się w wagonach towarowych w pociągu do Canterlot. Nikt nie może was zobaczyć, nikt. Wyruszycie za godzinę. Przez ten czas… Zrobię coś. Spotkamy się, kiedy już zapewne będzie po wszystkim – mruknęła. – Powodzenia.

Tłum zaciekawionych mieszkańców Ponyville otaczał przenośną scenę, nad którą powieszono przekrzywiony szyld z napisem „Wielka i Potężna Cahan”. Swój kramik budowała przez ponad pół godziny i wykorzystała do tego celu platformę transportową kolegi, stare zasłonki mamy oraz diody LED, które normalnie zapewniały oświetlenie rosiczkom grupy petiolaris. Ich różowawe światło wyglądało niestety odrobinę kiczowato, ale niczego innego nie miała.
Wśród zgromadzonych znalazły się i Elementy Harmonii, co bardzo ucieszyło granatową jednorożec. Matka Rosiczek miała nadzieję, że to odwróci ich uwagę i pozwoli dostać się jej wojskom do stolicy.
Poprawiła swoją czarną pelerynę, normalnie używaną na terenowych grach fabularnych i konwentach jako element przebrania. Niestety nie znalazła żadnego fikuśnego nakrycia głowy, poza maską plagowego lekarza, która niestety nie nadawała się do jej kreacji uber magicznego jednorożca. I kij z tym, że jej specjalnym talentem była produkcja roślinna.
Nerwowo przeczesała zieloną grzywę, czując te wszystkie spojrzenia zawieszone na niej. Zdecydowała się w końcu przemówić.
– Mieszkańcy Ponyville! To zaszczyt dla was gościć tak utalentowanego magicznie jednorożca, jak ja! Nie ma drugiego tak silnego maga w Equestrii jak ja! Nawet alikorny nie dorównują mojej mocy!
Tłum zaczął szeptać nerwowo, niektórzy patrzyli na nią z przestrachem, zaś inni z jawną wrogością.
Połknęli przynętę jak młode pelikany – klacz ucieszyła się – i pewnie myślą, że mają przed sobą drugą Trixie. Cóż za naiwne źrebaki…
– Hej! Więc twierdzisz, że masz moc większą niż alikorny? – spytała drwiąco tęczowogrzywa klacz pegaza.
– Naturalnie – odpowiedziała, przywołując kpiący wyraz pyska.
Rainbow Dash podleciała bliżej i wylądowała zaledwie dwa metry od Cahan.
– Bo tak się składa, że moja przyjaciółka jest alikornijską księżniczką i możemy to sprawdzić, co ty na to, hę?
Jednorożec uśmiechnęła się. Wszystko szło zgodnie z planem. Element Lojalności zawsze była taka przewidywalna…
– Bardzo chętnie. Taki mały, przyjacielski pojedynek – odpowiedziała. – Teraz.
– Chodź, Twilight! Pokaż tej chwalipięcie, gdzie jest jej miejsce!
Oczy wszystkich zwróciły się w stronę Księżniczki Przyjaźni. Panna Sparkle wyglądała na poirytowaną, ale niechętną do walki.
– Nie, Rainbow Dash. Nie chcę drugiej Trixie.
O to nie musisz się martwić, Twilight Sparkle – przez chwilę Cahan zastanawiała się, czy nie powiedzieć tego na głos, ale uznała, że woli to nieco przedłużyć, by dodać sytuacji dramatyzmu oraz zyskać na czasie.
– Ojejku jej! Pokaż jej Twi! Będzie fajnie – zachęcała ją różowa klacz kucyka ziemskiego.
Pinkie Pie aż skakała z radości.
– Proszę, nie bijcie się – szepnęła Fluttershy.
– Pokaż jej, kochana. Dziwię się, że to mówię, ale Rainbow Dash ma rację, nie możesz puścić płazem takiego okropnego zachowania! Jesteś teraz Księżniczką i możesz po prostu kazać jej zwinąć interes i opuścić Ponyville – prychnęła Rarity.
– Niestety nie mogę, Rarity. Nie zrobiła nic złego, ani nielegalnego – mruknęła wyraźnie niezadowolona alikorn.
Biała jednorożec zamyśliła się przez chwilę, po czym powiedziała:
– W takim razie sądzę, że powinnaś wziąć udział w tym pojedynku. Jesteś od niej lepsza.
– Wiesz co, cukiereczku? Sądzę, że taki pojedynek to niegłupia sparawa. Teraz jesteś alikornem, więc ta klacz nie powinna dla ciebie stanowić nawet szarlotki przed obiadem – rzekła z ciężkim akcentem Applejack.
Widziała, że lawendowa klacz się waha, a ponieważ zegar na wieży ratuszowej wskazywał dopiero dziewiątą czterdzieści, to klacz nie mogła pozwolić by kucyki się porozłaziły i wszystko zepsuły. Musiała działać.
– Ależ spokojnie! Chodzi mi tylko o małe, magiczne zawody, całkowicie bezpieczne dla nas i otoczenia. Taka zabawa, a nie żadna walka. To co, Księżniczko Twilight Sparkle, sprawdzimy, która z nas jest zdolniejsza?
– Skoro tak to przedstawiasz, to zgoda – odpowiedziała niepewnie powierniczka Elementu Magii.
Cahan przesunęła się nieco, dając jej znak, że powinna wejść na scenę. Księżniczka niczego powoli pokłusowała ku podwyższeniu i lekko na nie wskoczyła.  Granatowa jednorożec z zadowoleniem stwierdziła, że jest minimalnie wyższa od klaczy alikorna. Pozostawało przedstawić zasady.
– Zasady są proste, żadna z nas nie może rzucać czarów oddziałujących na drugą albo na inne kucyki. Nie wolno nam też niczego nieodwracalnie zniszczyć. Gdyby któraś z nas to zrobiła, to automatycznie przegrywa pojedynek. Sędziować będzie publiczność.
– O co walczymy? – zapytała Księżniczka.
– O dobrą zabawę – odpowiedziała jednorożec.
Nie była to do końca prawda, ale nie mogła przecież się przyznać, że wymyśliła to bezsensowne przedsięwzięcie, jako przykrywkę do ataku inteligentnych rosiczek na Canterlot.
– Brzmi całkiem rozsądnie. Kto zaczyna?
– Ty, Księżniczko.
Alikorn z grzywą, która wyglądała, jakby do jej przycięcia użyto suwmiarki, wyraźnie się zamyśliła. Cahan uśmiechnęła się. Dobrze wiedziała, że większość widowiskowych czarów używanych przez Twilight Sparkle kłóciło się z regulaminem. W końcu róg fioletowej klaczy zajaśniał purpurowym światłem.
Usłyszała pyknięcie i zobaczyła, że jej rywalka pojawiła się parę metrów dalej. Teleportacja, nic niezwykłego, choć w gruncie rzeczy niewiele magów z niej korzystało. Wymagała wielkiego skupienia i ogromnej precyzji.
Publiczność wiwatowała. Matka Rosiczek dobrze wiedziała, że to nie ona jest faworytką tego turnieju.
Jednorożec zastanowiła się co teraz. Swój specjalny numer zostawiła na sam koniec, a musiała jeszcze trochę pociągnąć. Szukała w pamięci wszystkich sztuczek, jakie wykorzystywała przy uprawie swoich ukochanych roślin i w końcu wpadła na całkiem dobry pomysł.
Spojrzała na niebo, na którym widniało kilka chmur. Skupiła się na nich i wystrzeliła wiązkę zielonej magii. Przesunęła je w inne miejsce.
Zobaczyła niedowierzanie na pyskach wszystkich. Większość z nich zapewne nigdy nie widziała bawiącego się pogodą jednorożca, któremu udało się zrealizować swój cel. Prawda była taka, że zaklęcie należało do banalnie prostych, a było rzadko spotykane, gdyż mało komu chciało się uczyć czegoś, do czego wystarczyło jedynie poprosić dowolnego pegaza. A ona po prostu zawsze chciała mieć bezchmurne niebo nad swoimi ukochanymi rosiczkami.
Twilight Sparkle pokiwała głową z uznaniem. Najwyraźniej spodziewała się kolejnej klaczy serwującej innym fajerwerki i lewitujące sznurki, co było sztuczkami dla źrebiąt.
Księżniczka zamknęła oczy i uruchomiła przepływ magii. Tym razem pomiędzy nią, a Cahan pojawiła się ściana płomieni, unoszących się kilkadziesiąt centymetrów nad drewnianą podłogą podestu.
No! To już coś.
Nie tylko ona to zauważała. Kuce wiwatowały na cześć swojej ukochanej klaczy.
– Dalej, Twi! Pokaż jej! – skandowała Dashie.
– Yay!
– Ale superowe płomienie! Nie wiedziałam, że tak potrafisz! – pisnęła z podziwem Pinkie.
Chyba naprawdę mam dzisiaj szczęście. Albo ktoś tutaj po prostu nie zdaje sobie sprawy z moich niezwykłych umiejętności. Wojownik ze mnie żaden, mag też, ale przynajmniej pokażę im moc rolnictwa.
Skierowała swoje myśli w stronę rzeki przepływającej przez Ponyville. Woda w korycie Colt River była czysta i miękka, dlatego klacz często z niej korzystała, by oszczędzać na rachunkach.
Wytworzyła pasmo podciśnienia połączonego z rurą stworzoną z magii lewitacji. Z zadowoleniem patrzyła, jak przez ten zaimprowizowany wąż strażacki przepływa niemal czysty monotlenek diwodoru i gasi ogień stworzony przez Twilight Sparkle.
– To było coś… – mruknęła pomarańczowa klacz.
– Mweh! Nic takiego – prychnęła Cahan.
Musiała udawać, że te zaklęcia są dla niej zwykłą zabawą i w ogóle nie sprawiają jej trudności.
Jej rywalka zaczęła nerwowo rozglądać się na boki, ale nie znalazła zwierzątek do zaprezentowania swoich wysokich zdolności lewitacji. Miała do dyspozycji tylko jabłka, ogórki i cebulę. A latające warzywa były czymś, co zrobi każdy.
Czyżbym wygrała i jakimś cudem pokonałam alikornijską księżniczkę, która gdyby chciała mogłaby mnie spalić na żużel w dwie sekundy? Wpiszę sobie do Curriculum Vitae.
Cahan dostrzegła i poczuła strugi potu spływające po powierniczce Elementu Magii. Księżniczka Przyjaźni wyglądała jakby zaraz miała wpaść w panikę. Jednorożec napawała się tą chwilą. Wiedziała jedno – było warto.
– Czekam, Księżniczko Twilight – upomniała ją łagodnie.
– Ja… ja… muszę się chwilę zastanowić. Tak… tylko się chwilę zastanowić.
Powieka fioletowej klaczy zadrgała. Uszy obracały się nerwowo na wszystkie strony, nasłuchując ratunku.
– Czołem, kucyki! Co się dzieje? – rozległ się gdzieś z tyłu głos należący niechybnie do jakiegoś ogierka.
– Spike! Wielka Celestio, jak dobrze, że jesteś! Chodź tutaj! – krzyknęła Twilight.
Przez tłum przecisnął się mały, fioletowy smok z wysoce rozwiniętym grzebieniem kostnym barwy jasnej zieleni.
– Co się dzieje, Twi?
– Potem ci powiem, Spike. Na razie potrzebuję cię jako asystenta numer jeden – klacz uśmiechnęła się.
Alikorn skupiła się. Jej róg błyszczał intensywnie i coraz silniej, ale przynajmniej na razie nic się nie działo. Cahan czekała z zainteresowaniem na to co się teraz stanie.
Błysnęło oślepiające światło i świat zakryły tumany purpurowej mgły, które opadały powoli, odsłaniając niezwykle ciekawe stworzenie. Jednorożec nie udało się powstrzymać śmiechu. Zresztą nie tylko jej.
– Hahaha!
– Ej! To nieładnie śmiać się z innych! – upomniała ich Applejack.
– Hihihi! – Pinkie Pie i Rainbow Dash również nie wytrzymały.
– Yyy… Twilight? Z czego oni się tak śmieją? – zapytał Spike.
Smok wyglądał komicznie. Jego górną wargę zdobiły bujne wąsy, jakich nie powstydziłby się sam Czyngis Pony zaś po bokach wyrastały mu wielkie, motyle skrzydła w kolorze wściekłego różu.
Zaklęcie Twilight niewątpliwie było trudne technicznie oraz wymagało sporo siły, jednak jego efekt, choć bez wątpienia malowniczy, powalał na nadgarstki, ponieważ prezentował się bardzo idiotycznie.
– Wyglądasz… dobrze, Spike – mruknęła Rarity.
– Nie, wcale nie. Wyglądasz jak wąsata wróżka! – krzyknęła Dash, zwijając się spazmatycznie.
– Twilight?
Księżniczka Magii uśmiechnęła się i dodatkowe elementy szpecące zniknęły.
Kuce zaczęły tupać i skandować jej imię.
– Twilight! Twilight! Twilight!
Alikorn dumnie wypięła pierś i rozłożyła skrzydła. Wyglądała na naprawdę zadowoloną z siebie i nie dziwota. Dokonała czegoś trudnego i skompilowanego. Na dodatek myślała, że właśnie wygrała magiczny pojedynek.
– To było niesamowite, Twi! Ultra superowe! – krzyknęła powierniczka Elementu Śmiechu.
– Rządzisz, Księżniczko! – RD aż wzleciała w powietrze.
– Ihaaa!
Postanowiła dać im się nieco nacieszyć tą chwilą. Czekała cierpliwie, wyszczerzona aż po ganasze. W końcu wrzawa zaczęła cichnąć i uznała, że to dobry moment.
– Ładnie, naprawdę bardzo ładnie, Księżniczko Twilight Sparkle. Jednak właśnie przegrałaś…
– Co? Jak? – zdziwiła się klacz.
Rozległy się gwizdy i protesty. Publiczność wyglądała na równie zszokowaną jak sama Twilight. Cahan omiotła ich drwiącym spojrzeniem. Granatowa jednorożec wiedziała jak sterować tłumem. Miała w końcu osiemnastoletnie doświadczenie w sztuce trollowania i improwizacji.
– Złamałaś regulamin. Nie można było wykorzystywać innych kucyków – wyjaśniła.
– Ale Spike nie jest kucykiem, tylko smokiem. Więc wygrałam.
Skubana, ma rację. Ale cóż… Został mi jeszcze mój popisowy numer. Coś czego niemal na pewno nie zna i nie zrozumie. A tajemnice mają to do siebie, że wydają się groźniejsze i silniejsze niż są naprawdę.
– Co do pierwszego muszę przyznać ci rację, możesz walczyć dalej, Księżniczko. Zaś co do twojej wygranej… Mylisz się. Teraz moja kolej.
Odchyliła płaszcz i wyciągnęła z niego doniczkę o średnicy piętnastu centymetrów, i wysokości trzydziestu. Wypełniał ją dobrze namoczony torf kwaśny o pH równym trzy i pół. Oraz specjalna mieszanka, zawierająca wszystko co niezbędne siewce do życia. Do plastiku przyczepiono woreczek strunowy, zawierający jedno, niezbyt duże nasiono.
Klacz położyła je na torfie. Jej róg zajaśniał. Ponownie przywołała wodę z Colt River i zapewniła jej stałe połączenie z doniczką. Objęła nasiono swoją magią i zaczęła pobudzać jego wzrost.
Najpierw ukazały się dwa liścienie, które szybko zwiędły, gdy wyrosły pierwsze liście. Ale i one uschły, zastępowane coraz nowszymi i większymi. Kiedy uzyskała już takie, których długość przekraczała czterdzieści centymetrów i pęd kwiatowy, przerwała strumień magii.
– Co za paskudna roślina – usłyszała z widowni głos powierniczki Elementu Szczodrości.
Miała wielką ochotę spuścić lanie tej klaczy za znieważenie jej ukochanego gatunku oraz kiepski gust.
Podniosła wzrok na swoją rywalkę. Twilight mrugała z niedowierzaniem, spoglądając na magicznie wyhodowaną rosiczkę królewską.
– Czar Zmiany Wieku… Jak to zrobiłaś? Masz Amulet Alikorna?!
Kuce zaczęły protestować, ktoś gwizdał, a jakaś biała klacz pegaza buczała.
Zielonogrzywa odrzuciła płaszcz i pokazała publiczności, że nie używała żadnego magicznego wspomagania.
Publiczność umilkła. Wszyscy byli w wielkim szoku.
– To… niemożliwe…
Prawda, ale wy o tym nie wiecie. Nie wiecie też, że pożywka w doniczce zabiłaby siewkę, gdybym pozwoliła rozwinąć się jej w naturalny sposób. Jednak ochroniłam korzenie i dawkowałam wszystko rozsądnie. Zwykłe przyspieszenie metabolizmu. Ale kiedy ktoś nie zna się na botanice to fitohormony zmieniają się w skomplikowaną magię…
– A jednak możliwe, bo tego dokonałam, Księżniczko.
– Tego nie potrafią nawet wszystkie alikorny! A jedynym jednorożcem, któremu się to udało był…
– Star Swirl Brodaty, wiem – dokończyła. – Którego moc była tak silna, że dorównywał Księżniczkom. Twoja kolej, Księżniczko Twilight Sparkle.
Fioletowa klacz podeszła do nowopowstałego okazu Drosera regia. Zdmuchnęła z oczu granatową grzywkę z purpurowymi pasemkami i wbiła wzrok w roślinę, jak gdyby mogła coś zdziałać samym spojrzeniem.
Rosiczkę otoczyła magia Księżniczki Przyjaźni. Liście zadrgały, kiedy działało na nie zaklęcie. Twilight wysilała się coraz bardziej. Wstrzymywała powietrze i wytrzeszczała oczy. Cahan zastanawiała się, kiedy zacznie defekować, ponieważ wyglądała jakby miała zaparcie.
Trwało to dobre parę minut i efektów wciąż nie było widać. W końcu jednorożec nie wytrzymała i zapytała:
– Długo jeszcze?
– Poddaję się – wyszeptała alikorn. – Wygrałaś.
No proszę, a chciałam jedynie zyskać na czasie. Nie ma to jak zwycięstwo w konkursie talentów, wykorzystując zupełnie inny talent.
– Dziękuję za piękną walkę, Księżniczko. Jesteś naprawę zdolna – rzuciła okiem na wieżę ratusza – życzę miłego dnia.
Zeskoczyła z podestu i jednym zaklęciem zabrała swoje klamoty. Nie musiała się martwić o platformę, ponieważ jej właściciel stał nieopodal i mógł wziąć ją sobie sam.
– Noteworthy! – krzyknęła.
– Tak? – odezwał się niebieski ogier.
– Dzięki za użyczenie tego czegoś. A oto twoja własna rosiczka, dbaj o nią.
Przekazała mu roślinę, dzięki której wygrała cały pojedynek. Teraz musiała tylko odstawić do domu zasłonki, płaszcz i LEDy.
– Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość. A tak w ogóle, to dzięki za kwiatka.
– Przesuńcie się – mruknęła do kucyków.
Tłum rozstąpił się. Nikt nie buczał, nie piszczał, ani nie drwił. Stali cicho, autentycznie zszokowani, że zwykły kucyk był w stanie pokonać w magii Księżniczkę Equestrii.
I tak oto po raz kolejny spryt, pomysłowość i biologia pokonały doświadczenie, siłę i prawdziwy talent – pomyślała.
– Poczekaj! Chciałabym z tobą porozmawiać! Jak to zrobiłaś? Księżniczka Celestia wie o twoim talencie?!
Odwróciła się i ujrzała za sobą Twilight Sparkle.
– Kiedyś chętnie z tobą porozmawiam, Księżniczko, ale teraz wybacz mi, bo się spieszę. I co Księżniczkę Celestię obchodzi mój talent? – to ostatnie naprawdę ją mocno zdziwiło.
– Masz wielki potencjał magiczny, myślę, że chciałaby o tym wiedzieć. Rzadko kiedy spotyka się jednorożce, których specjalnym talentem jest magia.
Cahan roześmiała się serdecznie i odwróciła bokiem do fioletowej klaczy, ukazując jej swój Uroczy Znaczek, którym był kwiatostan Drosera adelae, z dwoma rozwiniętymi kwiatami, na tle jasnozielonego pentaklu.
– Moim specjalnym talentem nie jest magia, tylko uprawa rosiczek. Dla kogoś kogo życiową pasją są rośliny, te czary są dziecinnie proste. A teraz naprawdę żegnam.
– Do zobaczenia… Chyba muszę zacząć interesować się fizjologią roślin – mruknęła Twilight.

***

Regia nie wierzyła, że się udało, ale jakimś cudem plan Matki Rosiczek wypalił. Udało im się dotrzeć do Canterlot. Pociąg opuścili tuż przed miastem. Ten odcinek postanowili pokonać na korzeniach. Królowa stwierdziła, że obejdą Canterlot dookoła i wejdą bezpośrednio do zamkowych ogrodów.
Tak też zrobili i teraz przemykali przez krzaki i rabaty, pożerając zwierzynę i niszcząc florę. Armia rosiczek nie patyczkowała się w delikatność. Zaklęcie rzucone przez Regię działało tylko przez dwadzieścia cztery godziny i do tego czasu musiały powrócić do Krwawego Ogrodu, do wilgotnego torfu.
Na dodatek Lunarną Boginię można było unicestwić tylko do południa, kiedy jeszcze smacznie spała. Pozostało im mało czasu, a Królowa nie wiedziała gdzie znajduje się sypialnia Bogini Luny.
Szczęście dopisywało im i nie natknęli się na nikogo. Kucyki musiały gdzieś wybyć i Regii nie obchodziło gdzie.
Przyjrzała się uważnie białej fortecy. Jej smukłe wieże kryte liliową dachówką i pozłacaną blachą wznosiły się wysoko ponad nią. Rosiczka naliczyła ich dziewięć. Na balkonie jednej z nich wypatrzyła wskazówkę – mały teleskop.
Gdybym była Boginią Nocy to chciałabym mieć pod liściem przyrząd do obserwacji gwiazd. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to jest właśnie ta komnata
Wieża nie była też jedną z tych, które zdobiły motywy solarne, co również wyglądało całkiem obiecująco.
– Rosiczki! Wspinamy się tam! – mówiąc to wskazała im cel jedną z macek.
Przedstawiciele rodzaju Drosera nie protestowali, tylko zaczęli posłusznie pełznąć po skałach. Jeśli ma się całkiem niezły system korzeniowy, to nie sprawia to większych trudności. Szło im szybko i sprawnie. Tym razem Regia była czołową. Ktoś musiał strategicznie zorientować się w sytuacji.
Nie minęła minuta, a już stała na balkonie. Nie dało się go otworzyć od tej strony, ale Królowa to przewidziała.
– Adelae! Przepuścić ją!
Żołnierze rozstąpili się. Siostra z Queensland błyskawicznie dołączyła do swojej Pani.
– Rozwal te drzwi.
Młoda rosiczka mocniej chwyciła targane jeszcze z Krwawego Ogrodu grabie i zaczęła organizować im przejście. Mocno uderzała nimi w wejście. Drewno trzeszczało pod wpływem uderzeń i w po kilku ciosach raczyło odpuścić.
Regia weszła do środka. Miała rację i jej receptorom ukazała się sypialnia. Panowała w niej okropna ciemność, ale Regia zwalczyła naturalną chęć ucieczki ku światłu i rozejrzała się po pomieszczeniu. Regał z książkami, biurko, krzesło i szafa wyglądały podobnie jak te w pokoju Bogini Cahan. Jednak posłanie Lunarnej Ciemiężycielki było sporo większe i posiadało baldachim.
Sama Pani Nocy spała spokojnie. W uszach miała zatyczki, a na oczach opaskę. Nie mogła ich usłyszeć, ani zobaczyć, co ucieszyło Regię. Gdyby zaczęła się wydzierać, to inni Bogowie niewątpliwie by tu przybiegli i niektóre rosiczki by zapewne zginęły. Gdyby nie opadająca i podnosząca się kołdra, która przykrywała granatową alikorn, to można by pomyśleć, że nie żyje. Królowa wiedziała co należy zrobić.
– Generale Capensis Albino! Owińcie ją swoimi liśćmi i zakneblujcie. Róg ma pokrywać gruba warstwa śluzu. Kiedy zdechnie, to się poćwiartuje i podzieli po równo. Tyle azotu nie może się zmarnować.
Rosiczka przylądkowa błyskawicznie zdarła kołdrę z Lunarnej Ciemiężycielki i wykonała rozkaz Regii. Klacz co prawda obudziła się, kiedy poczuła mokry dotyk wielkiej rośliny, ale nie zdążyła nic zrobić, ponieważ Capensis nie był nowicjuszem i szybko ją unieszkodliwił.
– Trzymaj ją i za mną. Solarna Dobrodziejka powinna to zobaczyć.

***

W Sali Tronowej zamku Canterlot tłoczyło się wiele kucyków. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na porę i dzień tygodnia. W poniedziałki, do południa Księżniczka Celestia wysłuchiwała co jej małe kucyki mają do powiedzenia. Siedziała sobie na tronie, a jej grzywa barwy nieba o świcie falowała łagodnie, napędzana jakąś tajemniczą magią. Uśmiechała się łagodnie i wyglądała na całkiem zadowoloną z życia.
Cahan dziwiło to, że biała alikorn to robi. Zdecydowana większość poddanych chciała tylko życzyć jej miłego dnia, podlizać się i opowiedzieć o ich nowym, genialnym przedsięwzięciu. Była też druga grupa, która przyszła pomarudzić na niską kiełkowalność marchwi w tym roku.
Granatowa jednorożec od dłuższego czasu opierała się o jedną z kolumn i ze znudzeniem obserwowała otoczenie. Prócz wymuskanej i wypindrzonej szlachty, w sali znajdowały się również pokryte brudem ziemskie kucyki, które najwyraźniej wpadły tu prosto z obory, w celu zabicia innych swoim okropnym smrodem oraz podarowania Księżniczce swojej nowej odmiany buraków.
Interesy do Celestii mieli wszyscy. Biedni i bogaci żerowali na jej życzliwości, i idealizmie, który nakazywał jej organizować takie spotkania. Istniała co prawda możliwość, że był to jedynie zabieg propagandowy, ale Matka Rosiczek uznała, że wówczas Pani Dnia zrezygnowałaby najdalej po dwóch miesiącach takich tortur.
Zaiste, fascynujące musi być takie życie… Aż się odechciewa robić przewrót. W zasadzie to nie jest konieczne. Rosiczki zdobędą co chcą i wrócą do torfu, a ja wykonam swoją małą misję i po problemie – pomyślała. – W końcu mój żywot jest niemal idealny. Śpię, jem i brakuje mi czasu na bzdury, ponieważ zajmuję się zbyt wielką ich ilością naraz.
– …ależ Księżniczko! Żadnym kłopotem dla nas, byłoby goszczenie ciebie w naszym rodzinnym pałacu w Stalliongardzie! Naprawdę powinnaś więcej odpoczywać, Wasza Wysokość.
Długo jeszcze? Regia powinna już tu być. Fakt, że miały dłuższą drogę do przebycia, ale w końcu wyruszyły ponad godzinę wcześniej!
– Wybaczcie, lordzie Richfordzie, ale niestety obowiązki nie pozwalają mi na złożenie wam wizyty. Dziękuję ci jednak za zaproszenie – odpowiedziała szaremu ogierowi Celestia.
Kuc nazwany Richfordem odszedł wyraźnie niezadowolony i naburmuszony. Było to dziwne, ponieważ Księżniczka odmawiała im wszystkim. Przynajmniej tego dnia.
Podszedł do niej kolejny interesant – różowa klacz jednorożca.
– Droga Księżniczko. Pragnę cię zaprosić na moje przyjęcie…
Nie, zdecydowanie nie chcę być nową księżniczką. O ile taka Twilight nic nie robi, za wyjątkiem opierniczania się na koszt podatników, o tyle taka Celestia ma już przerąbane. Wstawać rano i wysłuchiwać tych dyrdymałów? A jeśli się tego nie zrobi, to będzie bunt? I ta armia! Jeszcze nikt nie przyleciał tutaj donieść o ataku zmutowanych roślin… Naprawdę trzeba być mocno niekompetentnym. Ale cóż… Jaki kraj, takie wojsko.
Jedne z bocznych drzwi wyleciały z trzaskiem, zgarniając ze sobą podpartego o nie gwardzistę. Pegaz uderzył o posadzkę i albo się zabił, albo stracił przytomność. Bez wątpienia coś sobie złamał, szczególnie, kiedy przeszła po nim Drosera regia.
I na to właśnie czekałam całe dwadzieścia minut!
Salę Tronową ogarnęła panika. Kuce rzuciły się ku wyjściu, tratując siebie nawzajem. Darły się i krzyczały, jakby ujrzały co najmniej pająka giganta. Coś w tym mogło być, bo na liściach rosiczek można było różne rzeczy znaleźć, a te niesympatyczne stawonogi, zaraz po owadach stanowiły ich najliczniejszą grupę ofiar. Często znajdowała przylepione do nich chitynowe pancerze tych ośmionogich potworów.
– Bogowie pokarali Celestię za alikornizację Twilight Sparkle! – piszczała jakaś klacz.
W tym wypadku „piszczała” było dobrym określeniem, bo tak wysokiego dźwięku nie wydaje nawet ogier, którego kopnięto prosto w klejnoty.
– Ci cholerni naukowcy znów coś namieszali! – rozległ się wrzask lorda Richforda.
– Mamy w Canterlot goetę! Demon opętał nasturcje!
Nasturcje?! Nasturcje?! Co za tłumok!
– Stokrotki chcą nas pożreć!
To już kompletnie ją załamało. W końcu jak można nie rozpoznawać roślin owadożernych?
Cahan przywarła do kolumny i czekała. Wiedziała, że być może będzie potrzebna jako negocjator. W końcu to były jej rosiczki, więc odpowiedzialność za nie spoczywała właśnie na jej grzbiecie.
Drzwi wyjściowe zamieniły się w ujście wielkiego leja. Kucykowa rzeka powoli wypływała na zewnątrz. W końcu ostatni cywile zwiali gdzie pieprz rośnie, a konopie palą. W sali pozostali tylko gwardziści, Celestia, armia rosiczek i granatowa jednorożec.
Róg Celestii jaśniał intensywnie, niechybnie naładowany do ataku, zaś gwardia próbowała posiekać rosiczki na sałatkę. Całe szczęście ze skutkiem mizernym. Przedstawiciele rodzaju Drosera chwytali je w swoje liście i zwalali z kopyt uderzeniami pędów kwiatowych. Ci, którzy upadli nie mogli się podnieść pod ostrzałem nasion.
Nie po to hodowała przez lata te rośliny, by teraz ktoś wszystko zniszczył. Choć bawiła się całkiem dobrze, obserwując tę oryginalną walkę, to dobro nasiennych stało na pierwszym miejscu. Cahan wyskoczyła zza kolumny i wrzasnęła:
– Przestańcie! Dajcie im pomówić, a nikomu nie stanie się krzywda! Rosiczki! Uwolnijcie te kuce!
Jej ukochane dzieci posłuchały. Rozległ się dźwięk metalu uderzającego o kamień, kiedy kolejni wojownicy zaliczali spotkanie z posadzką. Kuce zrozumiały i wstrzymały atak.
– Kim jesteś i czego chcesz? – zapytała Księżniczka Celestia.
– Jestem Matką Rosiczek i chcę byś wysłuchała ich prośby, Najwspanialsza Pani Dnia – odpowiedziała zielonogrzywa, kłaniając się nisko.
Biała alikorn zamrugała parokrotnie, wyraźnie nie mogąc uwierzyć, że najechały ją inteligentne rośliny.
– Księżniczko Celestio, oto Drosera regia, Królowa rosiczek. To ona ma sprawę do Waszej Wysokości.
– To się nie dzieje naprawdę – szepnął jeden z gwardzistów.
Regia zbliżyła się do Pani Dnia. Uwadze Cahan nie umknął grymas przerażenia, jaki malował się przez ułamek sekundy na pysku Księżniczki.
– Bogini! Solarna Dobrodziejko! Wybacz nam tą niezapowiedzianą wizytę, ale musimy przedstawić ci naszą prośbę – podjęła gigantyczna rosiczka. – Noc jest ciemna i zimna. W drugiej połowie roku wygania nas pod dachy i nie pozwala się cieszyć twoim świętym Słońcem. Dlatego w imieniu wszystkich rosiczek tropikalnych, pigmejskich, bulwiastych, grupy petiolaris oraz trzech sióstr błagam ciebie o wykreślenie zimowej pory z kalendarza, a także o dłuższy dzień.
Celestia wpatrywała się z niedowierzaniem na rosiczkę królewską, która nie dość, że mówiła, nie posiadając strun głosowych, ani innego aparatu mowy, to jeszcze zachowywała się całkiem kulturalnie.
– Rozumiem, że to dla was ważne, ale pomyślcie o tych wszystkich roślinach i zwierzętach, które wymagają zimowego spoczynku. Chociażby ze względu na nie, nie mogę tego zrobić – odpowiedziała Władczyni Equestrii.
– Jeśli dasz nam wieczne lato to i inni Bogowie skorzystają. Będą zbierać swe plony nawet cztery razy do roku. Nie zmarzną, a zimowe choroby znikną z tego kraju.
– Nie. Nie zgodzę się poświęcić istot, które tu żyją, tylko dlatego, by uprawiać w tym klimacie bawełnę i ananasy. Przykro mi, rosiczko, ale nie dostaniesz tego czego pragniesz. Zresztą nie mogę sama decydować o takich rzeczach. Liczy się też zdanie mojej siostry, Księżniczki Luny.
Regia machnęła liściem i do sali wkroczyła zmutowana Drosera capensis ‘Albino’. Dopiero po chwili Cahan zauważyła, że jeden z jej mezofili owijał się wokół czegoś dużego z kopytami i ogonem. Kolor wskazywał na Panią Nocy.
– Wypuść moją siostrę. Teraz.
– Jeśli spełnisz moje żądania… A jeśli nie, to generał Capensis Albiono ją strawi.
Róg Celestii zajaśniał. Pani Dnia szykowała się do walki. Nie mogła na to pozwolić. Musiała chronić swoje małe rosiczki za wszelką cenę.
– Chwila! Moment! Regia, koniec zabawy! Uwolnij Księżniczkę Lunę! Zaś ciebie, Księżniczko, proszę jedynie o spełnienie prośby rosiczki królewskiej na ograniczonym obszarze! W moim ogrodzie.
Luna upadła na podłogę. Podniosła się niemrawo i próbowała otrzepać z grubej warstwy śluzu. Nie poniosła raczej żadnych obrażeń. Roślinom zwiększyły się rozmiary, zyskały zdolność mowy oraz aktywnego i dynamicznego ruchu, ale soki trawienne nie zmieniły składu i nadal nie mogły zrobić kucykowi krzywdy.
Granatowa alikorn kopytem zdarła opaskę z oczu i wyjęła stopery z uszu. Rozejrzała się dookoła i zapytała niepewnie:
– Ja śpię, prawda?
– Nie, ale to nie jest szczególnie istotne, Wasza Wysokość. A te soki trawienne się normalnie zmywa – powiedziała Matka Rosiczek, po czym odwróciła się w stronę drugiej z Królewskich Sióstr. – No więc jak, Księżniczko Celestio? Nikt nie ucierpi, a ja zapłacę jakoś za zniszczenia dokonane przez moje rośliny.
Biała klacz zamyśliła się na chwilę. Cahan czekała, ale znała odpowiedź. Choć to brzydko i nieładnie ulegać szantażowi, ale w tym wypadku przecież żądania roślinnych terrorystów były niewielkie, a w razie ich niespełnienia mogli ucierpieć niewinni.
Jednorożec wiedziała też, że nie grozi jej kara więzienia. W końcu ona ani przez chwilę prawa nie złamała. Nie zmutowała rosiczek, zrobiły to samodzielnie i mogły to potwierdzić. Nie nakłaniała ich do ataku na Canterlot, jedynie powiedziała im, że mogą się tam dostać pociągiem. A w samym zamku jedyne co robiła było zapobieganie rozlewowi krwi i soków. Przydawało się mieć znajomego prawnika.
Celestia skinęła głową.
Tego dnia rosiczki wygrały i odeszły w pokoju, by ponownie rosnąć w torfie i polować na muchy. Nikt nie zginął i tylko parę kucyków zyskało nieco siniaków. Ale żodyn nie wie, kiedy powrócą i po co tym razem. Żodyn.
Ave Type Drosera, ave Regnum Plantae!




IP: Zapisane

Cytuj
[Dzisiaj o 22:15:22] ♣ Sojlex: Cahan jest do tego stopnia chłopczyca, że tylko bycie feministką ratuje jej kobiecość :>
Fast
Mołdawski Bulbulator

*****

Punkty uznania(?): 12
Offline Offline

Wiadomości: 873


Zobacz profil
« Odpowiedz #1 : 24 Września 2014, 21:47:10 »
Ty tego kiedyś już nie wrzucałaś?

EDIT: Czyli jednak mam deja vu.


« Ostatnia zmiana: 24 Września 2014, 22:27:47 wysłane przez Fast » IP: Zapisane
Cahan
Człowiek - Szparag

*

Punkty uznania(?): 3
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiadomości: 751


Dragons, dragons everywhere

Zobacz profil
« Odpowiedz #2 : 24 Września 2014, 22:18:43 »
Nie, ten tekst powstał jakieś 10 dni temu. Wrzucałam tu inną randomową komedię oraz inny fanfik konkursowy.


IP: Zapisane

Cytuj
[Dzisiaj o 22:15:22] ♣ Sojlex: Cahan jest do tego stopnia chłopczyca, że tylko bycie feministką ratuje jej kobiecość :>
Mefistoteles

*

Punkty uznania(?): 0
Offline Offline

Płeć: Mężczyzna
Wiadomości: 1

Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #3 : 19 Października 2022, 07:40:50 »
Byłoby ciekawie gdyby rośliny owadożerne w rzeczywistości były takie jak w bajkach :D




IP: Zapisane
Strony: [1]    Do góry Wyślij ten wątek Drukuj 
 





© 2003 - 2021 Tawerna.biz - Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i publikowanie jakichkolwiek elementów znajdujących się w obrębie serwisu bez zgody autorów jest zabronione!
Heroes of Might and Magic i powiązane z nimi loga są zastrzeżonymi znakami handlowymi firmy Ubisoft Entertainment.
Grafiki i inne materiały pochodzące z serii gier Might & Magic są wyłączną własnością ich twórców i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych.
Powered by SMF 2.0 RC1.2 | SMF © 2006–2009, Simple Machines LLC | Theme by jareQ
Strona wygenerowana w 0.061 sekund z 18 zapytaniami.
                              Do góry