Witaj na polskim forum poświęconym sadze Heroes
of Might and Magic. Zarejestruj lub zaloguj się:

Pamiętaj:
Pokaż wiadomości
Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Pamiętaj, że widzisz tylko te wiadomości w tematach do których masz aktualnie dostęp.
  Wiadomości   Pokaż wątki   Pokaż załączniki  

  Pokaż wątki - J'Bergo
Strony: [1]
1  Hyde Park / Zaginione Zwoje - konkurs literacki / El laberinto del diablo : 15 Stycznia 2015, 23:27:38
El laberinto del diablo
29 sierpnia 1756 roku nowa wojna rozgorzała, która lat siedem trwała i ponad milion dusz pochłonąć zdołała. Dnia tego Fryderyk II Wielki przypuścił atak na Saksonię, dając tym samym ujście pasjom w Europie nagromadzonym. Nad tym konfliktem słońce nigdy nie zachodziło. Pruska armia, zająwszy mniejszy kraj Sasów, dotarła na tereny austriackich Moraw. Z początkiem maja 1758 roku głowa rodu Hohenzollernów rozpoczęła oblężenie Olomucium, mając nadzieję, iż skłoni Austriaków do próby odsieczy i wpląta ich tym samym w otwartą bitwę, której wynik miałby być przesądzony. Mimo planów króla Fryderyka, wojska habsburskie nie przystępowały do otwartej walki, a osaczona twierdza nie poddawała się. Armia pruska pilnie potrzebowała zaopatrzenia, tak więc Fryderyk II nakazał wysłać konwój, ogromny konwój, na który składać się miało cztery tysiące wozów, dwa i pół tysiąca sztuk bydła oraz ochrona w liczbie ponad dziesięciu tysięcy żołnierzy. Wielka eskorta z zaopatrzeniem rozciągała się na niemal pięćdziesiąt kilometrów i nie mogła pozostać niezauważona. W związku z zaistniałą sytuacją feldmarszałek austriacki, Leopold von Dhaun, wydał rozkaz zatrzymania oraz zniszczenia konwoju, a zadanie to otrzymał Ernst Gideon von Laudon i Joseph von Siskovits.

28 czerwca 1758 roku.
Przed świtem, okolice wioski Gustramovice

 Zorganizowano nas na Śląsku i powierzono pułkownikowi Friedrichowi Wilhelmowi von Moselowi. Jako jego żołnierze mieliśmy bronić konwoju przed, jak to nam określono, „habsburskimi psami”. Tak więc wleczemy się gdzieś na początku tego orszaku. Mamy wszystko, co tylko pruskim fizylierom potrzeba; fuzje, pistolety oraz kolety w czarno-biało-złotych barwach i nawet konie, dzięki którym cały transport porusza się szybciej. Najlepszym to, że z samym von Moselem nie widzieliśmy się ani razu. Zdecydowanie bliższy jest nam oficer Albert von Scherf. Porządny z niego człowiek, ale nie ma mowy o jakiejkolwiek większej znajomości. Już sama pozycja społeczna to definiuje; on – wysoko urodzony wojskowy, ja – syn chłopa, domobraniec niemal siłą z domu wywleczony. Oczywiście nie stanowię wyjątku; większość osób w kompanii, ba – w konwoju, to nowi rekruci. Są też wyleczeni weterani oraz perła w koronie zgrupowania – kawaleria.
 Do Ołomuńca został nam niecały dzień drogi. Niektórzy mają nadzieję napotkać wroga i stoczyć z nim otwarty bój, tych zwać można wojownikami, patriotami... Ja nie; mam szczerą nadzieję, że Austriacy pogubią się w lasach, utopią w rzekach albo upiją się i wrócą do Wiednia. Bo co za różnica w ginięciu za ojczyznę i cesarza, a ginięciu w jakichkolwiek innych okolicznościach, choćby przez upadek z mostu. Jedni dostrzegają, inni nie. Ja należę do tej drugiej kategorii. Po prostu jestem bardziej przyziemny, a gdyby nie konflikt państw, to teraz siedziałbym w domu z rodziną i psem na nogach. Niestety... niezbadane są wyroki boże.
Jechałem spokojnie, w wyznaczonym, choć luźnym szyku, aż z tyłu dobiegł mnie znajomy głos:
– Faro!
To Wigbert. Wigbert Vußiel. Poznałem go już na początku pobytu w wojsku. Ze wszystkich towarzyszy broni jego lubię najbardziej. Zachowywał dryl i jednocześnie nie lizał butów przełożonym, a przy tym był mi i innym bardzo pomocny. Kiedy brunet zjednał swojego konia z moim podaliśmy sobie prawice.
– Grüß dich, Wige!
– Grüezi – Odparł mi i uraczył mnie uśmiechem. Może śnieżnobiałych zębów to on nie ma, ale i tak czystsze, niż u połowy wojska... Scheiße, długo już nie myłem swoich...
– Wie geht es dir? – Spytałem zwyczajowo
– Gut! – Odrzekł beztrosko. Skąd on bierze takie ilości pozytywnej energii?
– Gdzie zgubiłeś innych?
– Adolf z Gustawem już jadą. Morti dołączy później, bo pomaga chłopakom przy jednym z wozów
– To dobrze – Odpowiedziałem. Z Wigbertem, Adolfem, Gustawem i Moritzem tworzyliśmy bardzo zżytą grupę. Mimo to, nie powiedziałbym, żeby stanowili dla mnie odpowiednik rodziny.
– A ty jak się trzymasz?
– Jakoś idzie. Chociaż chcę móc już usiąść na czymś innym, niż koński grzbiet...
– Może na jakiejś dorodnej Frau, co? – Rzucił zawadiacko, unosząc wymownie brew
– Wiesz przecież, że nie – Powiedziałem poważnie, acz zachowując delikatny uśmiech. Wtedy usłyszeliśmy nieregularny odgłos stukotu kopyt. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy zbliżających się ku nam Adiego i Guta – Wreszcie jesteście!
– Ano tak. Hallo Faro – rzekł Adolf i uścisnął mi dłoń. To samo uczynił Zygmunt. Po przywitaniu uformowaliśmy się, tak by jechać obok siebie; ja z lewej, obok mnie Adi, przy nim Wige i Gut z prawej. – Herr Offizier von Scherf mówi, że jeszcze tego wieczora napijemy się. Jeśli nie w Ołomuńcu, to pod jego murami – Na słowa Adolfa zawtórowaliśmy pozytywnym pomrukiem
– Kiedy ty zaczniesz w końcu mówić na niego Albercik? Przecież jak go nie ma w pobliżu, to można.. – Skomentował Wige
– Można, czy też nie, ale oficerowi należy się szacunek – Stwierdził. Nikt z nas nie zdziwił się, że tak mówił, bo to właśnie Adolf. Ten wysoki, krótko przystrzyżony blondyn zawsze był wykorzystywany przez przełożonych za wzór pruskiego żołnierza.
– Jak tam sobie chcesz – Skwitował Wigbert, na co Adolf skinął głową
– W cholerę ciemno, kiedy w końcu zacznie świtać? – Rzucił Gustaw
– Chyba już powinno... – Stwierdziłem, a Gut skomentował to dwoma słowami;
– Dłuży się...
– A patrzcie, kto do nas jedzie – Powiedział Wige, wskazując palcem na parę jeźdźców, jadących w naszą stronę
– To Morti z Albercikiem – Wypaliłem, a Adolf od razu spiorunował mnie wzrokiem. No tak, byli zbyt blisko, ale na pewno tego nie usłyszeli...
– Guten Morgen, Jungen
– Guten Morgen, herr Offizier! – Odparliśmy wszyscy
– Jak wam mija poranek? – Zagadnął Albert pogodnie
– Tego się nie da nawet nazwać porankiem – Burknął Gustaw
– W sumie masz rację. Ale coś ty, Gustaw, taki zasępiony?
– Na świt czekam, panie oficerze – Odpowiedział Gut – Chcę wreszcie doświadczyć słońca
– A no tak. Zapewniam: nie jesteś sam. My też pragniemy końca nocy, a najlepiej byłoby już widzieć mury Ołomuńca
– Najlepiej byłoby już zobaczyć to piwo, które ma tam na nas czekać – Wtrącił Moritz, odgarniając grzywkę ciemnych włosów z twarzy. Gdy objąłem go całego wzrokiem, o mało się nie zaśmiałem; komicznie wyglądał taki kurdupel na koniu. Szczerze, miał wzrost mojego dwa lata młodszego brata.
– A ty zawsze streścisz oczekiwania całej kompanii – Powiedział Albert i wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
Poruszaliśmy się miarowym stępem razem z konwojem i rozprawialiśmy o różnych rzeczach; o wojnie, o rodzinie, o winie, o dziewicach i nie-dziewicach, o przypadku Hansa, który potknął się i wpadł twarzą w koński zad.
 Gwiazdy zaczęły powoli gasnąć, smagnął nas delikatny powiew wiatru – rozpoczynał się świt. Słoneczna poświata wydobywała się zza licznych pagórków, okrytych liściastymi drzewami.
– No, Gustaw, masz to, czego tak oczekiwałeś. Czego wszyscy oczekiwaliśmy –  powiedział Albert, na co mu przytaknęliśmy. Nagle, jakieś pięćdziesiąt kroków od nas, rozbrzmiała melodia, a w chwilę później śpiew
Ännchen von Tharau ist’s, die mir gefällt,
Sie ist mein Leben, mein Gut und mein Geld.
– Co jest? – Zapytałem
– To oddział Siegberta, śpiewają „Anusię”! – Odpowiedział mi oficer von Scherf. Tak, w miarę słuchania utworu, uchodziła ze mnie monotonia podróży. Pieśń stanowiła raj dla uszu, pośród ciągłego skrzypienia wozów i parskania wierzchowców. Z zamyślenia wyrwał mnie Wige, który sam zaczął podśpiewywać.
Ännchen von Tharau hat wieder ihr Herz
Auf mich gerichtet in Lieb' und in Schmerz.
Moment później wszyscy, wczuci w rytm, zawodziliśmy. Nie była to śpiewanka wojskowa, ani klasyczna wersja „Anusi”, ale intensywniejsza, bardziej żywa interpretacja. I dobrze, od razu nas to obudziło. Jak jeden mąż śpiewaliśmy; najpierw radosne zwrotki o dobrze, radości i miłości, potem o wytrwałości, niemocy oraz niedoli, a w końcu o łączeniu się żywotów. I tak dotarliśmy do końca pieśni.
Dies macht das Leben zum himmlischen Reich,
Durch Zanken wird es der Hölle gleich.
Gdy ostatnie słowa rozbrzmiały, wzięliśmy głębokie oddechy, odprężyliśmy się. Aż mi się smutno zrobiło, bo pomyślałem o domu, tak dalekim... Aby się otrzeźwić, przetrząsnąłem sobie włosy. Siostra zawsze mi mówiła, że są w barwie jasnej szatyny... Tak, szatyny-szatany, dla mnie to zawsze był po prostu dziwny brąz...
  Słońce już śmielej wstępowało na nieboskłon. Wczesny ranek. Delikatny, chłodny wicherek przelatywał między nami. Niebo jasne, z nielicznymi białymi chmurami.
 Jeden krótki dźwięk i wszystko się zmieniło, wszystkim nam zamarły serca...
 Ze wzgórza, oddalonego o kilkaset kroków, spomiędzy drzew wydobył się ryk armaty i obłok dymu. Echo trwało przez chwilę, po chwili przerodziło się w świst. Kula uderzyła w stojący nieopodal wóz, roztrzaskując go na kawałki i zabijając ludzi w pobliżu.
– Achtung! Österreicherinnen! – Ktoś krzyknął, a moment później wszyscy dowódcy wrzeszczeli na żołnierzy, pośpiesznie ich formując. Krótko mówiąc: sytuacja była pod kontrolą. Albert również zwołał żołnierzy, w ciągu niecałej minuty staliśmy na baczność w kilku szeregach. Równo trzydziestu mężczyzn. Jakiś inny oddział pomocniczy odprowadzał nasze konie na tyły.
– Bagnety na broń! – Rozkazał von Scherf i w mgnieniu oka na naszych fuzjach sterczały mordercze ostrza.
Nasza kompania, złożona z plutonów Alberta, Siegberta i Lennarta, zajęła całą szerokość ścieżki. Za nami formowała się mniej liczna kompania grenadierów. Ogień artylerii nasilał się, pociski młóciły w glebę przed nami, co jakiś czas dosięgając jakiegoś wozu lub grupki nieszczęśników. Należało się śpieszyć, aby nie zostać rozniesionym przez ten piekielny grad.
 I teraz właśnie pomyślałem, że jesteśmy na początku konwoju. Pierwsze piwo w obozie dla nas i pierwszy austriacki ogień też dla nas.
– Öise Gott – Usłyszałem głos Wigberta.
Nagle jedna z kul huknęła tuż za nami. Wszyscy się zjeżyliśmy.
– Naprzód marsz! – Ryknął Albert. Kompania stacjonująca przed nami już ruszyła, a i my nie mieliśmy na co czekać.
 Podjęliśmy szybki marsz. Spojrzałem jeszcze za siebie; zobaczyłem ciało. Ciało Hansa. Stało z wielkim otworem w głowie. Po chwili osunęło się na ziemię. A więc to zrobił ten pocisk, który spadł tuż za nami...
 Od tego widoku zamarzła mi krew w żyłach. Śmierć... Śmierć jest tak blisko...
 Tym razem to zza nas zagrzmiało. Nasi kanonierzy również działali, ale i tak z siła zdecydowanie mniejszą, niż austriacka. Trzydzieści-parę kroków przed nami gromnęło potężnie. Nad głowami przeleciały nam odłamki, grudy ziemi i kawałki zwłok. Mgiełka krwi i brudu spadła na nas z nieba. Modliłem się do Boga, Jezusa, Maryi i do wszystkich świętych, którzy tylko przychodzili mi do głowy. Jednocześnie odkryłem, że wcale wielu nie znam. Moja babka pewnie potrafiłaby wymienić całą biblię.
 Przyspieszyliśmy kroku, by nie pozostawić wyłomu między zgrupowaniami. Gdzieś z lewego krańca konwoju uderzyła kula, roznosząc tuzin żołnierzy oficera Lennarta. Wzniosły się wrzaski. Spojrzałem na wzgórza przed nami; odległość się zmniejszała. Ze wzniesień nieustannie pruły do nas działa, a co jakiś czas w austriackie pozycje trafiały nasze pociski, wznosząc rozżarzone obłoki.
 Usłyszałem strzały z broni palnej. Pierwsze oddziały dopadły do wroga. Salwy sypały się za salwami, trafieni krzyczeli z bólu, nietrafieni z gniewu. Coraz gęstsze kłęby dymu osnuwały pagórki. Cały bitewny zgiełk pobudził pewnie wszystkich w promieniu dziesiątek mil. Cóż z tego; porównywać strach zbudzonych chłopów z naszym, byłoby co najmniej śmieszne. „Zbudzonych chłopów” stwierdził z pogardą ten, który nie tak dawno sam się chłopem mienił...
– Blindheit, wyrównaj! – Doszedł mnie rozkaz podoficera Paula.
– Spokojnie, damy radę  – Powiedział do mnie Adolf. Takie sobie pocieszenie.
 Maszerowaliśmy miarowo, aż Albert, widząc nowy ruch kompanii sprzed nas, wykrzyczał komendę do wolnego biegu. Niedługo później żołnierze za nami także wzmogli tempo. Jedna z kul przeleciała prosto przez nasze szeregi, dokończając dzieła na grenadierach. Nie wiedziałem, kto zginął, ale przemknęliśmy między czterema rozwalonymi zwłokami. Natychmiast wyrównano powstały wyłom – efekt szkolenia, efekt praktyki, efekt drylu.
 Poczułem zmianę terenu pod stopami. Wkraczaliśmy na niestrome wzgórze. Hałas się nasilił. Nagle oddziały przed nami zwolniły.
– Kontrmarsz! – Zarządził Albert von Scherf.
Żołnierze, którzy chwilę temu prowadzili zaciętą wymianę ognia z przeciwnikiem, straciwszy zbyt wielu ludzi, rzucili się z bagnetami na wroga.
 Wstąpiliśmy na ich miejsce, zaścielone poległymi, w sam raz, by zobaczyć ostatnich walczących i zabijających ich wojaków austriackich. Straceńcza szarża nie dosięgła wroga, ale dała nam czas na ustawienie się. Stałem w pierwszym szeregu. Wyszliśmy na dwa kroki przed innych i czym prędzej oddaliśmy salwę do Austriaków. Fala naszego ognia okazała się bardzo skuteczna i położyła wielu przeciwników. Mimo to padła para naszych. Szybko wycofaliśmy się na tyły oddając miejsce drugiemu rzędowi. To właśnie był kontrmarsz – szeregi na przemian oddawały salwy, dzięki czemu osiągano ogień ciągły. W czasie, gdy żołnierze z przodu strzelali, ci z tyłu ładowali broń. Tak też czyniliśmy. Sprawdziłem stan naszej linii; z wyjątkiem dwóch ludzi wszyscy przeżyli, w tym cała moja grupka.
 Wystrzał, krótka zmiana, wystrzał. Znowu zbliżaliśmy się do początku formacji, już z załadowanymi karabinami. Wreszcie stanęliśmy tuż za frontem. Nasi strzelcy właśnie oddali salwę i zaczęli się wycofywać, my zaś ruszać do przodu, kiedy na austriacką pozycję spadł pocisk z pruskiej armaty. Polowe zasieki z pośpiesznie ociosanych bali i koszy rozpadły się, wrogie działo, które również stało schowane za zaporami poszło w drzazgi, bowiem kula trafiła prosto w nie, a jego obsługa i kilku innych przeciwników padło martwych. Wprowadzone w zamieszanie habsburskie psy nawet nie zauważyły, kiedy wystrzeliliśmy, pozostawiając po sobie śmierdzący prochem obłok. Podoficer kolejnego szeregu natychmiast wykorzystał sytuację; nim zdążyliśmy  na dobre zejść z pozycji, kolejna fala fizylierów wkroczyła na stanowisko i wykończyła pozostałych nieprzyjaciół. Zajęliśmy wzgórze, ale stanowiło to tylko mały element konfrontacji. Samo wzniesienie również nie było zbyt okazałe. Albert wydał kilka komend. W kilka chwil przegrupowaliśmy się na zajętej pozycji.
 Do tej pory straciliśmy szesnastu ludzi. Nie wiedziałem jednak, ilu stracili Siegbert i Lennart, ich plutony atakowały wzgórze obok. Popatrzyłem na okolicę: teren bardzo nierówny, pełno pagórków, sporo drzew, a gdzieś na krańcach tego obszaru powinna znajdować się wieś, nie szło jej jednak dostrzec. Rozkaz, zbliżyliśmy się do krawędzi wzniesienia, w sam raz, aby zobaczyć, jak pluton Lennarta, uwięziony między górkami, zostaje rozniesiony ogniem artylerii i karabinów. Wzmógł się krzyk i hałas. Nagle kula armatnia złamała stojące obok drzewo i sturlała się na stojących u podnóża wzgórza grenadierów. Kilka sekund później trzy pociski niemal jednocześnie uderzyły w naszą lokację, zasypały nas ziemią, a dwóch nieszczęśników trafiły odłamkami. Jeden zginął, drugi zaczął jęczeć i kurczowo trzymać się za bark.
– Pomóżcie mu! – Rzucił Albert.
Kryspin i Felix, kuzyni niedawno włączeni do trzódki oficera von Scherfa, ruszyli pomóc rannemu. Ledwo go ujęli, już kolejne żeliwne potwory waliły wokół, a austriackie oddziały właśnie szykowały się do wzmocnienia natarcia.
– Utrzymać szyk, wycofujemy się! – Albert podjął decyzję.
 Z wykonaniem tej komendy nie było problemu; chcieliśmy czym prędzej zejść z tego piekielnego wzniesienia. Na odchodne padł nam jeszcze jeden towarzysz, jego ciało stoczyło się po nierównościach.
 Ostatnie odcinki pokonaliśmy najzwyklejszym biegiem, z oficerem włącznie. Schroniliśmy się przy drodze, za skupiskiem drzew, gdzie swoją pozycję miała też grupka kanonierów. Po chwili dołączyli do nas ludzie oficera Siegberta Adella. Nas zostało trzynastu, wraz z oficerem i rannym, zaś Siegie przywiódł ze sobą tylko ośmiu żywych. Brakowało jakichkolwiek podkomendnych Lennarta, wszyscy musieli zostać ubici.
 Do miejsca, w którym odpoczywaliśmy, zbliżył się spory oddział konnych. Cześć jeźdźców pojechała małą drużka w las, a reszta, z ubranym w burgundowy płaszcz i czarny kapelusz mężczyzną na czele, podjechała ku nam. Oficerowie podeszli do osobnika, który zręcznie zsiadł z siwego konia. Zbliżyłem się, niby przypadkowo, żeby posłuchać o czym mówią.
– ...się tam teraz dzieje? – Zapytał przybyły.
– Nasz baon ruszył, aby przeprowadzić rozpoznanie i wyeliminować bliższe oddziały wroga. Udało się zająć część terenu, ale przez silny ogień artyleryjski musieliśmy się wycofać. Obecnie Austriacy prowadzą intensywny ostrzał, mają dobrze obsadzone. – Wypowiedział się Albert, a Siegbert dodał:
– Podczas natarcia zauważyliśmy formacje huzarów. Wnioskując po sile oporu i pośpiesznej obserwacji szacuję, że przeciwnik ma nawet kilka tysięcy ludzi pod bronią – Zameldował.
– Rozumiem, a jakie jest...
– Faro – Nagle zagadnął Albert, łapiąc mnie jednocześnie za ramię
– Co jest? – Zapytałem lekko zmieszany.
– Chodź do nas – Zaczął mnie delikatnie i wymownie pociągać w stronę chłopaków – Poza tym, to nie ładnie słuchać cudzych rozmów... – Chodziło mu oczywiście o rozmowy na szczeblu oficerskim, gdybym podsłuchiwał szeregowych, to wszystko cacy.
– Dobra, dobra. Już nie bądźcie tacy troskliwi... – Rzuciłem ironicznie.
Podeszliśmy do reszty. Moritz siedział na pieńku i poprawiał sobie onuce, a Gustaw i Wige stali luźno.
– Jak się czujesz? – Zagadnął do mnie Wigbert.
– Jak na wojnie – Odparłem krótko, a on potakująco przekręcił głowę.
– To w sumie na miejscu...
 Na wojnie nic nie jest na miejscu... Znad wzgórz i borów unosiły się ponure obłoki dymu, pochodzące z dział i broni. Ryki armat oraz karabinów mieszały się z wrzaskami i przesiąkały powietrze. Dało się usłyszeć gromy, rozkazy, skowyty, śmiech, okrzyki...
 Śmiech?... Na wojnie naprawdę nic nie jest na miejscu...

28 czerwca 1758 roku.
Około pięć godzin po kontakcie z wojskiem habsburskim, okolice wioski Gustramovice

 Ten atak musi się powieść. Nasze siły już kilka, a może nawet kilkanaście razy, nacierały na pozycję wroga, lecz zawsze spychano je do odwrotu. Postępy były niewielkie. Zajęliśmy parę mniejszych wzniesień, przegrupowaliśmy oddziały. Dowódcy sprowadzili większość żołnierzy na front konwoju, część formacji wysyłali w lasy, aby okrążyć wroga. Cały czas mieliśmy przewagę liczebną. Udało wypchnąć się Austriaków z pewnej drobnej kniei, ale nie dało się jej długo utrzymać. Straciliśmy trochę wozów, a część rozproszyła się w ogólnym zamieszaniu. Wielu ludzi straciło życie. Do diabła, przecież według szacunków posiadamy przewagę. Trzydzieści tysięcy żołnierzy, a przeciwnik ma może jedną trzecią tego. Już dawno powinniśmy ich rozgromić.
 Kolejne dwie kompanie ruszyły w lasy, zajść nieprzyjaciół od skrzydła. Naszą jednostkę przeorganizowano; połączono plutony Alberta i Siegberta w jeden i włączono w skład nowej kompanii, której brakowało zdolnych do walki. Po raz kolejny idziemy w bój, na te przeklęte wzniesienia.
 To był zryw. Mnóstwo zgrupowań natarło w jednej chwili z kilku stron. My znowu od frontu. Ostrzał ciągle trwał, ale utracił dawną intensywność, teraz chyba nawet nasz ogień zaczął przeważać.
 Atak! Biegliśmy miarowo, dość szybko zaczęliśmy ponownie wdzierać się na teren walk. Tym razem nikogo nie zastaliśmy na pierwszych pagórkach, poza nieboszczykami oczywiście. Co jakiś czas kula uderzała w ziemię niedaleko nas, a czasami trafiała w ludzi. Wrzawa narastała z każdym przebytym krokiem. Nagle, jakby znikąd, wyrośli przed nami strzelcy habsburscy. Oddali szybko salwę kładąc część naszych. Odparliśmy na to własnym ogniem. Tym razem nie starczyło czasu na kontrmarsz i pierwszy szereg po strzale uklęknął, aby drugi mógł wystrzelić. Schemat powtórzył się aż do ostatniej linii. Kilku osobom spadły przez to kapelusze, a wszystkim sprawiło znaczny dyskomfort, ale przyniosło rezultat: zastęp austriacki został rozbity, większość nieprzyjaciół nie żyła, nieliczni przetrwali. Wtem z boru wypadł na nas oddział huzarów. Pośpiesznie ładowaliśmy karabiny. Czołowy szereg już oddawał wystrzały. Bardzo niecelne, ledwo kilku wrogów padło. Niespodzianie nastąpiło zbawienie – zza naszych oddziałów wyjechali rajtarzy. W mgnieniu oka zbliżyli się do wrogich jeźdźców, obdarowali ich kulami ze swoich pistoletów i dobili pałaszami.
 Odetchnęliśmy z ulgą. Brawurowe posunięci kawalerii być może uratowało nas, a na pewno nam pomogło.
 Nie ma przerwy. Posuwaliśmy się dalej i dalej. Ciągle w przód, ani kroku w tył. Fuzje z nałożonymi nań bagnetami trzymaliśmy gotowe do strzału. W niedużej odległości podążali za nami rajtarzy. Natykaliśmy się na opuszczone pozycje przeciwnika. Wszędzie były ślady kopyt, kół i stóp. W miejscach, gdzie stały armaty, źdźbła trawy zostały nadpalone. Momentami natrafialiśmy na ciała poległych oraz leje po pociskach. Minęliśmy jakieś spalone drzewo. Ani żywej duszy. W końcu spotkaliśmy się z innymi plutonami pruskimi, które spotkało to samo, co nas. Austriacy dosłownie zniknęli.
 W krótkim czasie obszar został zabezpieczony, a wojska przegrupowane. Zaczęło się wielkie poszukiwanie zagubionych wozów i liczenie strat. Okazało się, że von Laudon, generał przeciwnika, nakazał odwrót, a von Mosel nie miał dostatecznej ilości konnicy, aby ścigać wycofujących się.
29 czerwca 1758 roku.
Wieczór, okolice wioski Gustramovice

 – Dalej, ruszajcie się, bo nigdy nie skończymy!
Było już trochę ciemno, a Albert, chcąc szybko wrócić do konwoju, pospieszał nas co chwilę. Podróżowaliśmy na nowych wierzchowcach, Bóg jeden raczy wiedzieć, co się stało ze starymi. Od kilkunastu godzin przeczesujemy teren w poszukiwaniu zagubionych wozów. Przez ten czas znaleźliśmy ich już z dziewięć. Niektóre bardzo poszkodowane, inne w znośnym stanie. Wszystkie odeskortowaliśmy do orszaku. Nie spotkaliśmy przy tym ani jednego wroga, nie trafiliśmy też na żadnych myśliwych, podróżnych, czy chłopów. Nawet marnego zająca nie upatrzyliśmy. Wszystko uciekło z tej okolicy, gdy zaczęła się walka. Oprócz nas, oczywiście...
 Dotarliśmy właśnie do krańca lasu, przed nami rozciągało się jakieś rozległe pole.
– Herr Offizier, sądzę, że nie powinniśmy ruszać dalej. Niczego nie znajdziemy, a oddalimy się od reszty – Zameldował Adolf.
– Też tak myślę. No dobrze, uwaga wszyscy – wycofujemy się! – Rozkazał Albert.
 
Księżyc świecił w najlepsze, kiedy dotarliśmy do zgrupowania. Oficer von Scherf złożył raport, a my rozłożyliśmy się na ziemi, nie tyle skonani, co po prostu znużeni i zmęczeni. Podobno całe to przegrupowanie przeprowadzono dlatego, bo zbliża się do nas wojsko habsburskiego dowódcy Siskovitsa. Absolutnie tego nie rozumiem, chyba w takim wypadku powinniśmy, natychmiast po odparciu poprzedniego ataku, ruszać dalej. Ah, ale co ja tam wiem, przecież jestem tylko żołnierzem. Oby nasi przywódcy byli lwami...

30 czerwca 1758 roku.
Wczesny ranek, okolice wsi Domašov nad Bystřicí

 Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Już dawno powinniśmy wspólnie z siłami oblegającymi przebywać w obozie przy Ołomuńcu. A tak to się nie możemy dowlec. Albo Szatan trzyma z tymi Austriakami, albo Bóg nie popiera naszej sprawy. Choć może to zbyt górnolotne myślenie. Albo oni mają szczęście, albo my pecha. Tak czy inaczej nie idzie nam za dobrze. Mam nadzieję, że po tym wszystkim dostaniemy przynajmniej nieco odpoczynku.
 Usytuowano nas na tyłach awangardy, która liczyła ponad cztery tysiące żołnierzy. Znowu z przodu. Jakbyśmy, do cholery, nie mogli pełnić straży na tyłach.
 Parskające rumaki, skrzypiące wozy, tłumione rozmowy i szum odległego wiatry, oto nasi nieodłączni towarzysze. Droga przewijała się przez otwarty teren, otoczony wzgórzami i borami. Wszędzie zielono i cicho, niezmącony spokój ogarniał okolicę. Wigbert gawędził cicho z Gustawem, a Adolf ciągle rozprawiał o czymś z oficerem Albertem. Ja mogłem najwyżej porozmawiać z koniem.
– Hej mały, co tam? – Zagadnąłem do zwierzęcia. – Pewnie ty też masz już dosyć tej podróży. Te ciągłe krzyki, te walki, a przecież cały czas musisz coś dźwigać na tym swoim grzbiecie...
– Co ty wyprawiasz? – Zapytał Wige, patrząc na mnie jak na dziwaka. Chociaż w sumie... mówiłem do wałacha...
– Co ja wyprawiam? – Wypaliłem zaskoczony.
– No... tak, ty. Po kiego diabła gadasz do tego konia?
– Wcale z nim nie gadam. Do siebie mówiłem
– A o czym? – Ciągnął
– Nie twoja sprawa, o czym do siebie mówię – Rzuciłem obronnie
– Ha ha, jasne. Ta wyprawa ci nie służy – Stwierdził słusznie, na co przytaknął mu Gut.
– To ona w ogóle komuś służy? – Powiedziałem smętnie. Wigbert zastanawiał się chwilę, po czym powiedział:
– Królowi.
– Ano przecież – Odparłem, a Gustaw gestem upomniał nas, że niedaleko jedzie oficer, więc natychmiast przestaliśmy.
 Coś na nas patrzy. Powiodłem wzrokiem po okolicy; zewsząd drzewa, krzewy oraz pagórki. I coś jeszcze. Daleko, między dwoma starymi dębami stało jakieś zwierzę. Wilk, czarny i dość spory. Nie próbował się ukryć, był doskonale widoczny. Trwał przez chwilę w posępnej pozie, po czym odszedł wolnym krokiem w gęstwinę. Stopił się z ciemnościami lasu i zniknął z pola widzenia.
 Już niemal przekroczyliśmy tę otwartą przestrzeń. Awangarda wspinała się na wzniesienie, dołożono sił, aby wtoczyć nań wozy. Główna kolumna konwoju znajdowała się właśnie na środku zielonej doliny.
– Feuer! – Rozległ się krzyk i z borów po lewej strony drogi posypał się ogień artyleryjski, którego cała moc skupiła się na centrum orszaku.
Znowu strach, znowu wpadliśmy w zasadzkę. Tym razem dołączyła jeszcze wściekłość; na wroga, na naszych dowódców, którzy nas w to wpakowali oraz rezygnacja, bo ponownie stajemy zaskoczeni do walki. Czy przyjdzie nam wszystkim zdechnąć tu jak psy?
 Morze poleceń; formować się, szykować broń, bagnety, pistolety, fuzje,  odprowadzić konie. Z nabitymi karabinami zwróciliśmy się w kierunku nieprzyjaciela. Zauważywszy to poruszenie, Austriacy posłali nam salwę z dział. Spostrzegłem, że oprócz zwykłych kul przy ich armatach stoją jeszcze kartacze, a więc podejście będzie znacznie utrudnione... Usłyszałem tłumiony głos kogoś z tyłu: „Vater unser, der du bist im Himmel, geheiliget werde dein Name...”, a chwilę później pocisk uderzył w miejsce, z którego dochodziła modlitwa.
– Zug! In Linie zu zwei Gliedern, angetreten! – Krzyknął Albert, a nasz odnowiony pluton ustawił się w dwóch szeregach po szesnaście osób. – Gotowi na śmierć?
Niektórzy, jak Adolf, odpowiedzieli „jawohl!”, inni, jak ja, przemilczeli słowo „nein”.
 Nim jednak mieliśmy ruszyć na przeciwnika, dane nam było jeszcze przemieścić się o dwadzieścia kroków w stronę czoła pochodu. Cały czas spadał na nas deszcz artyleryjski, kolejne wozy szły w drzazgi, kolejni ludzie padali zmiażdżeni kulami lub podziurawieni odłamkami. Zwierząt to także nie ominęło; niedaleko mnie leżał koń z ogromną wyrwą w brzuchu, a spod niego wystawała czyjaś, utopiona we krwi, ręka.
– Guntessgerr atakuje! – Wrzasnął ktoś.
Jedna z liczniejszych kompani z środka konwoju puściła się w kierunku pozycji wroga. Za nimi ruszył niewielki szwadron rajtarii i kilka poszkodowanych plutonów. Habsburskie wojska obficie obdarowali to natarcie: raz po raz pociski uderzały w ziemię i atakujących, wznosiły obłoki ziemi, pyłu i szkarłatu.
 Pruskie działa oddały ogień. Z kilku stron kolumny skąpo poleciały ciężkie, ołowiane kule. Powietrze znów zaczęło przesiąkać dymem.
 Płomień! Eksplozja! Wybuchł wóz z amunicją, który stał jakieś pięćdziesiąt kroków dalej. Padliśmy na glebę. Odłamki rozleciały się, zbierając krwawe żniwo. Niedaleko mnie spadło palące się koło i skwierczący kawałek skóry.

30 czerwca 1758 roku.
Dwie godziny po wpadnięciu w zasadzkę, okolice wsi Domašov nad Bystřicí

 Von Scherf ciągle powstrzymywał nasze natarcie – czekał na rozstawienie kanonierów i przegrupowanie sąsiedniego pododdziału oraz na osłabienie się natężenia ostrzału austriackiego. Skrywaliśmy się za wozami i ich resztkami. Wkoło leżało pełno płonących szczątków, metalowych okruchów i fragmentów ciał. Czerwień bogato pokrywała otoczenie.
 Piechota nieprzyjaciela, wspomagana przez artylerię, skutecznie opierała się napadom naszej. Mimo iż mięliśmy sporą przewagę liczebną, nie mogliśmy ich zmusić do defensywy. Armia przeciwnika rozstawiła się w lasach po lewej stronie drogi, więc nasza śmiało wykorzystywała bezpieczną przestrzeń po prawej, rozstawiając tam jednostki bombardierskie i obserwacyjne. W tamtym kierunku przesuwali się też dowódcy.
 Ariergarda konwoju przesunęła się do jego centrum i nieprzerwanie starała się wyprowadzać ataki na przeciwnika.
 Kolejny tuzin pocisków spadł na naszą pozycję. Moment później stacjonujący obok pluton Hammensteina rozpoczął ostrzał z własnych armat.
– Wreszcie – Rzekł do siebie Albert – Noah!
– Tak, Herr Offizier? – Odezwał się przywołany żołnierz.
– Biegnij do generała Puttkamera i zapytaj o siły i gotowość, szybko!
– Jawohl! – Odparł i pospieszył przed siebie.
Czyli zbliżała się chwila grozy. Zależnie od tego, jakie wieści przyniesie Noah, albo ruszymy do boju, albo nie. Albert wysłał później jeszcze jednego człowieka, na wypadek, gdyby tamten zginął. Czekaliśmy, osnuci strachem, kurzem i ogłuszeni bitewną wrzawą. Minuta po minucie, coraz bardziej nas to wszystko przytłaczało, a ich wciąż nie było. Ryk, tuż za nami grzmotnęło piekielnie, ogrom ziemi, zwłok i posoki wzniósł się w górę, aby po chwili opaść na nas. Nieduże morale zostawały wciąż mocniej wgniatane w zimną glebę.
 Przybyli. Obydwu wysłanych po informacje stanęło przy oficerze Albercie i meldowało:
– Generał Puttkamer wyraża gotowość do podjęcia działań za pół godziny! – Wyartykułował Noah. Po głosie dało się usłyszeć, że się zmęczył.
– Świetnie. Dobra robota – Pochwalił ich von Scherf – Uwaga wszyscy! – Zwrócił na siebie uwagę wojaków. – Za około pół godziny przystępujemy do natarcia, szykować się!
Oklepałem cały swój karabin i pistolet. Przeczyściłem prędko lufy, okazały się całkiem czyste. Umocowałem bagnet na fuzji, upewniłem się, że dobrze się trzyma. Poprawiłem buty, kolet i kieszeń z kulami.
– Gotowi jesteście? – Zagadnął do nas Adolf.
– No jasne – Odparł Wige i uśmiechnął się. Nie był to jednak jego szczery, radosny uśmiech...
– Ujdzie – Stwierdził Gute – A ty?
– Tak – Odpowiedział mu Adi – A jak z tobą? – Zwrócił się do mnie.
– Ujdzie – Powtórzyłem wypowiedź Gustawa – Do tego raczej nie można być gotowym
– Pewnie masz rację
– Boże, co za smród! – Oświadczył Albert, podchodząc do naszej czwórki.
– Herr Offizier – Adolf stanął na baczność
– Teraz to ty spocznij i przygotuj się do ataku – Odrzekł mu oficer i zbywalczo machnął ręką.
– Jestem gotowy – Zameldował Adi, przechodząc w stan spoczynku
– To dobrze. Jak się czujecie, co z tobą Moritz?
Morti siedział na popekanej i spopielonej skrzyni, wpatrując się w ziemię, a na słowa Albercika podniósł głowę, wyrwany z zamyślenia.
– Was? E-e nic, nic – Wypalił zdezorientowany
– Hmm, rozumiem. Przygotowany do natarcia? – Dopytał von Scherf
– E tak, tak. Wszystko mam przygotowane – Odparł i pokazał swoją fuzję z nałożonym nań bagnetem. Oficer krzywo się uśmiechnął, widać zdawał sobie sprawę z niskich morale swoich podwładnych.
 Zewsząd trzaski, łomoty, lamenty i eksplozje. Nie wiadomo już nawet, czy opłaca się jeszcze liczyć poległych, bo prostsze może się okazać policzenie żywych po bitwie.
 Kolejne minuty mijały pośród chaosu.
 – Zug, marsch! – Padł głośno rozkaz i równym, szybkim krokiem ruszyliśmy na wroga. Granica strachu została zerwana, dosłownie patrzyliśmy śmierci w oczy, a widzieliśmy w nich armaty, dym, ogień, uzbrojonych ludzi i wielkiego, czarnego wilka, stojącego gdzieś na skraju wzroku.
 Kule spadały z nieba jak grad w zimie. Broń Austriaków sterczała posępnie, w nas wycelowana. Oni czekali, aż podjedziemy dość blisko. Rozstrzelają nas, rozniosą na kawałki, tak drobne, że nawet robaki się nimi nie zadowolą. Gorący tokań – tym się staniemy.
 Zobaczyłem to – kulisty kres przecinający powietrze w moim kierunku. Coraz bliżej i bliżej, aż zgładził... nie mnie, lecz Moritza.
– Mooort! – Wrzasnąłem ja, Wigbert, Gustaw oraz Adolf. Nie mogliśmy jednak się zatrzymać, formacja pchała nas wciąż do przodu.
Zmiażdżone ciało przyjaciela zostało w tyle, razem ze zwłokami nieznanego mi, drugiego nieszczęśnika.
 Jakiś inny żołnierz zajął jego miejsce obok mnie, w drugim szeregu.
 Maszerowałem ze łzami w oczach. Moritz był jednym z tych, którzy nie byli mi obojętni. Pociągając nosem, przetarłem oczy i splunąłem na trawę. Utrzymać tempo, utrzymać tempo – powtarzałem sobie w myślach. Trudniej zrobić; czułem się fatalnie, oblał mnie zimny pot, nogi trzęsły się jak zboże na wietrze, a o jakiejkolwiek koncentracji mogłem zapomnieć. Przyjaźń... ile ją trzeba cenić, ten tylko naprawdę się dowie, kto ją stracił. Teraz piękność jej w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po niej. Została mi wyrwana, brutalnie, bez emocji. Zimny ołów zabrał mi przyjaciela. Morti... zawsze jakby w cieniu, nigdy nie zwracaliśmy na niego większej uwagi, ale był naszym przyjacielem. Zawsze pomocnym, zawsze wiernym.
 Kto by pomyślał, że przy stracie tak łatwo o wyszukane myśli... może prawdziwe...
 Szybciej i szybciej brnęliśmy na przeciwnika, bagnety obu stron strzygły złowieszczo w stronę wroga. Narastał gwar, wpierw gardłowy pomruk rozwijał się, aż stał się agresywnym rykiem. Przeszliśmy do biegu. Gdy od habsburskich linii dzieliła nas odległość siedemdziesięciu kroków, nieprzyjacielskie działa wystrzeliły i zalały nas falą kartaczy. Mimo ciężkich, długich treningów nie wszyscy zdążyli w porę paść na glebę i sporo osób zostało uśmierconych przez małe ołowiane demony. Truchła, z ziejącymi w nich dziurami, padały bezwładnie na pole. Chwilę później padła salwa z austriackich karabinów.
– Teraz! – Zawołał Albert po pierwszym ogniu oponenta.
Żywi z przodu przyklęknęli, zaś ci z tyłu, w tym ja, wstali. Naraz wypaliliśmy w wykonujących kontrmarsz adwersarzy, a oni po tym niemal jednocześnie popadali na udeptany grunt. Widok przepiękny i paskudny zarazem, ale niedługi – zaraz znowu przyparliśmy do ziemi, aby nie dać roznieść się kolejnemu ostrzałowi.
 Płomień. Już byliśmy spięci do przyjęcia pozycji, wtedy jednak von Scherf zakrzyknął:
– Leż!
I druga kanonada posypała się z nieprzyjacielskiej broni, od razu po poprzedniej.
– Teraz! – Ponownie się podnieśliśmy i oddaliśmy salwę, znowu posyłając wielu do grobu.
– Granaten! – Zagrzmiał Albert i oddany mu pod kontrolę oddział grenadierów rzucił na wroga okrągłe bomby, z odpalonymi krótkimi lontami.
Wywołano tym ogromny chaos. W ucieczce przed granatami, Austriacy porzucili pozycję i zapomnieli o ładzie, odbiegali jak ścigane zające.
 Jakiś tuzin, może nieco więcej, wybuchów. Skowyty rozrywanych odłamkami przeszyły powietrze, a moment później wbiegliśmy na stanowiska przeciwnika. Przed nami wyrosła nagle nowa linia wysłanych jako wsparcie żołnierzy. Nie starczyło czasu na taktyki: odruchowy wystrzał od jednego i od drugiego szeregu i szarża. Wpadliśmy na siebie, dwa stronnictwa. Bagnety poszły w ruch. Udało mi się skutecznie wbić ostrze w pierś napastnika, głęboko, unikając przy tym ran własnych. Wyrwałem z mężczyzny krótką klingę, wleciał kłąb krwi i kopnąłem nieboszczyka w kierunku nieprzyjaciół. Ciało nadziało się na szpice trzech bękartów, pociągając tym samym ich karabiny do ziemi. Błyskawicznie to wykorzystaliśmy: Adolf wykuł jednemu z wrogów oko, ja, korzystając z powstałej przestrzeni, wyjąłem pistolet i zastrzeliłem drugiego, a trzeciego zadźgała para innych pruskich fizylierów.
– Dobra robota! – Pochwalił mnie Adi. No, miał rację, bardzo dobra.
Kolejne chmary Austriaków uderzały na nas. Zrobiło się wyjątkowo niebezpiecznie. Jeden z tych psów ciął mnie w ramię, pozostawiając na nim płytką, acz piekącą ranę. Wigbert w niecałą sekundę rozpłatał mu gardło. Gut działał za trzech: przebijał, ciął i masakrował każdego, kto mu się nawinął, jego bagnet nieustannie świszczał w powietrzu, a kolba fuzji rąbała we łby, krusząc w nich czaszki. Gustaw – mistrz walki w zwarciu, nikt nie śmiałby temu zaprzeczyć.
 Kolejny! Odbiłem jego karabin swoim i wpakowałem mu ostrze w brzuch. Wrzask zabijanego ogłuszył mnie. Brutalny zew bitewny udzielał się, częściowo tłumił strach.
 Spostrzegłem pewien fakt: mamy przewagę! Około trzech naszych przypada na jednego nieprzyjaciela. Czynimy postępy, ale wciąż nie rozbiliśmy organizacji wojsk habsburskich. Trzymają się, nie ustępują. Może mi się zdawać, jednakże... mają chyba mniejsze straty. Każdy, choćby najmniejszy pozytyw, gonią negatywy.
– Przegrupować się! Za mną! – Rozkazał Albert, starając się przebić przez zgiełk boju.
W bezładzie, ale efektywnie, przenieśliśmy się nieco w tył i uformowaliśmy szereg. Dziesięciu ludzi... Tylu nas w nim stało. Momentalnie sprawdziłem: Adolf? Jest, stoi z przodu. Wige przy mnie, a gdzie Gustaw? Gut, czyżby poległ, nie, tylko nie to... Ale nie, trzymał się na krańcu, cały obleczony w czerwień. Ulga mnie dosięgnęła. Oficer von Scherf popatrzył po nas.
– Uwaga żołnierze! Dołączamy do... Słodki Chryste w niebiosach... – Wyrzekł, spoglądając daleko.
Odwróciliśmy głowy i wpatrzyliśmy się w dal. Austriacy, setki, kilka tysięcy Austriaków atakowała od drogiej strony drogi. To były te same oddziały, z którymi walczyliśmy pod Gustramovicami. Zgroza przepalała nam serca.
 Albert sterczał sztywno jak głaz.
– Oficerze? Panie oficerze! – Zawołał na niego Adolf. Von Scherf spuścił wzrok na buty. Po paru sekundach znów się do nas zwrócił:
– Dołączamy do kompanii generała Puttkamera, musimy się stąd wyrwać – obleciał swoich podwładnych pewnym spojrzeniem – Za mną.
Powiedział i ruszył. Przebył krok, drugi. Wtedy z nieba spadł pocisk, uderzył w glebę i rozpadł się na kawałki. Gorące odłamki poleciały na Alberta, który zatoczył się i padł bez ruchu. Jeden ze szrapneli rozciął też jakiemuś, obcemu mi, mężczyźnie głowę. Nie istniała potrzeba, żeby sprawdzić, czy żyje; mózg wylewał mu się na glebę.
– Oficerze! – Krzyknął Adolf.
– Albert! – Zawtórowałem mu ja z Wigbertem i Gustawem.
Obróciliśmy Albercika twarzą do góry. Martwy... odpryski powbijały mu się w cały tors, pocięły ręce i nogi, rozsiekły gardło. Ze wszystkich wyrw ciekła krew, ulewając powoli czerwoną kałużę.
– Co teraz?! – Rzucił Wige
– Musimy coś zrobić – Dodał Gute, wymieniliśmy jeszcze kilka podobnych komentarzy, aż Adi gestem ręki nakazał ciszę. Myślał, przytknął dłoń do potylicy.
– Musimy.. – Zaczął nieśmiale, postawiony w roli dowódcy. – Musimy się przebić do flanki, do oddziału von Nopassarana – jego słowa, nieco przytłumiane przez wszechobecny hałas, dotarły do nas, ale jeszcze przez kilka sekund wpatrywaliśmy się w niego.
– No to szybko, ruszajmy – Wypaliłem, aby znieść jakiekolwiek wątpliwości.
 Nie pokonaliśmy nawet pięćdziesięciu kroków – naszą drogę sukcesywnie blokowały wojska habsburskie, cały czas zabijające kolejnych żołnierzy pruskich.
 Zatrzymaliśmy się, lecz artyleria zadbała, żebyśmy pamiętali, że stanie w miejscu nic nie da.
– Scheiße, Scheiße, Scheiße! – Wycedził Adolf, zaciskając pięści.
– Scheiße! – Zawtórował mu Gustaw z wyraźną dawką gniewu w głosie.
– Teraz się nie przedrzemy, argh! – Warknął nasz tymczasowy przywódca. Z nienawiścią patrzył na czyniących postępy wrogów, a po chwili obrócił się w naszą stronę, tak nagle, że zaskoczony stanąłem jak na baczność. – Dobra, zmiana planów. Nie przebijamy się, tylko wracamy do głównych sił konwoju, wciąż mamy przewagę liczebną, więc możemy wygrać.
Wygrać to chyba zbyt pewny zwrot, mi wystarczyłoby „przeżyć”, albo „ocaleć”.
– Prowadź! – Ozwał się Wigbert i poczęliśmy kierować się do zejścia ze wzniesienia.
 Kroczyliśmy między ciałami, po rozrytej i zakrwawionej glebie. Nie chciałem tego widzieć. Ci wszyscy ludzie mieli rodziny, każdy z tych martwych był czyimś synem, niejeden posiadał swojego syna, żonę. Każdy z nich odszedł. Może któryś rzekł do swojej małżonki i dzieci: „Kiedy wrócę, wszystko będzie w porządku, kocham was”. Ale już nie wróci, żaden z nich nigdy nie przekroczy ponownie drzwi swego domu, nie zobaczy twarzy bliskich, żaden się już nigdy nie obudzi. A krewni przyodzieją czarne stroje, albo też na zawsze pozostaną w niepewności, co się stało z ich bliskim, czy umarł, czy uciekł i nie zdołał powrócić. Bez grobu, bez pamięci, wszyscy polegli w tej bitwie zostaną zapomniani, z wyjątkiem znacznych oficerów, oczywiście.
 Śmierć... Śmierć trwa ciągle tuż obok, ale jedynie czasami daje o sobie znać. W naszej sytuacji to twierdzenie mogło się odwrócić...
 Dotarliśmy na skraj, rozciągało się przed nami łagodne zejście, porośnięte zieloną trawą, którą „zdobiły” blade zwłoki poległych. W oddali, po prawej stronie traktu toczył się zacięty bój. Rozejrzałem się: zewsząt ogień i dym, powietrze całkowicie zaszło ciemnym całunem. A o wiele bliżej, bo zaledwie u podstawy wzgórza, stał spory oddział, ustawiony w czterech szeregach. Zaczęliśmy schodzić. Szło nas pięciu; poza moją grupką jeszcze jakiś facet. Myślałem, czy go nie zapytać, kim jest, ale zrezygnowałem z tego. Co to miało za znaczenie. Zbliżaliśmy się do formacji. Wtedy jej dowodzący zakrzyknął:
– Zawróćcie! Ani kroku bliżej, bo rozstrzelamy za dezercję! – Wymówił to bardzo pewnie, nie omieszkał nie spełnić tej groźby.
– Chcemy tylko dołączyć do głównych sił! – Odparł Adolf. Oficer zgrupowania uniósł wysoko ramię i jego strzelcy wymierzyli w nas.
– Wracać tam! Ale już! – Adi załamał ręce. Podjęliśmy nawracać się we wskazanym kierunku. Wtem ten obcy mężczyzna, który nam towarzyszył, rzucił się pędem w stronę konwoju.
– Feuer! – Zabrzmiał rozkaz, a po nim zagrzmiały strzały. Straceniec padł, dołączył do legionu umarłych.
 Okazało się, że, wbrew pozorom, obraliśmy dobrą trasę: idąc łagodnym zejściem, obeszliśmy austriacki klin, który coraz mocniej parł do przodu. Po paru minutach znowu weszliśmy między swoich, do jakiejś poturbowanej jednostki. Łup! Ciężka kula wbiła w ziemię jedego strzelca. Zdawało się, że nikogo to nie ruszyło, wszyscy dalej czynili swoje, nie interesując się czyimś zgonem.
 Wodziliśmy wzrokiem za jakimś oficerem, ale nigdzie takowego nie dostrzegliśmy. Ci tutaj nie mieli żadnego planu, żadnej taktyki. Zostali sami i prowadzili ze swojej pozycji samowolny ogień, każdy ładował w swoim tempie, każdy osobiście wybierał cel. Zero zgrania. Cóż nam pozostało – dołączyliśmy i sami poczęliśmy strzelać.
 Zasadziłem się za pękniętą beczką, wbitą w ziemny kopczyk. Wszędzie leżały jakieś odłupki, szczątki. Naładowałem fuzję, przez szczeliny w antale wypatrzyłem mój cel: bladego faceta, który skrywał się za większym kamieniem. Stanowił dla mnie odsłonięty obiekt.
 Wziąłem głęboki oddech, zerknąłem jeszcze raz. Wreszcie wychyliłem się i wypaliłem, a mój „wybranek” legł bez życia. Szybko schowałem się za moją zasłonę, to było proste. Coś mnie uwierało przy udzie – odłamek. Ostry kawałek metalu wwiercił mi się w spodnie. Chwyciłem za niego i próbowałem wyciągnąć, ale tylko bardziej sobie podarłem ubranie. A trudno, nie zranił mnie i nie przeszkadza tak bardzo.
 Proch, kula, karabin ponownie nabity i gotowy do strzału. Znów wyjrzałem przez szparę, ale tym razem nikt się nie obnażał dla śmierci. Jakiś ruch za drzewem, ktoś tam się poruszył. Wychynąłem zza beczki i wtedy dwa pociski przemknęły tuż obok mnie. W panice oddałem strzał gdzieś w las i padłem za swoim okopem. Cholera, zbyt blisko.
 Kilkanaście kroków dalej jeden z naszych się odsłonił – ołowiany patron wbił mu się w pierś. Mężczyzna wrzasnął i wyrwał z siebie jeszcze gorącą kulę. Krew wyleciała gęstą strugą, a trafiony człowiek, zawodząc straszliwie, upadł na plecy, rozlewając wokół czerwoną ciecz. Ręka, którą przytknął do rany, nic nie dała – szkarłatny strumień płynął obficie. Obok tego wszystkiego, skryty za rozwalonym wozem, stał jakiś młodzieniec. Patrzył przerażonymi oczami na posępne przedstawienie. Po chwili uniósł swój pistolet i przytknął sobie do skroni.
– Nein! – Zawołałem, ale on nacisnął spust i odszedł w poczet zmarłych.
Szaleństwo, zagłada. Naprawdę miałem ochotę uciekać.
 Znów ładowanie. Szybki ruch – trafiłem Austriaka w ramię, a ten skoczył z jękiem do jakiegoś rowu.
 Miałem już powtórzyć procedurę, ale wtedy przestrzeń nade mną przeszyły kartacze, a cięższe pociski zaczęły młócić ziemię. Intensywność ostrzału była ogromna, nasze pozycje z chwili na chwilę niszczały. Zerknąłem przez szczelinę: nieprzyjaciel zbliżał się, całe linie uzbrojonych wrogów, a działa pruły z siebie bez przerwy, torując drogę piechocie, zaś jeszcze z tyłu manewrowała ich kawaleria.
– Faro! Faro! – Przekrzyczał się do mnie Adolf. – Musimy uciekać!
– Jak?! – Zapytałem, drąc gardło
– Na mój sygnał biegniemy, za mną, ze wzgórza! – Ledwo go słyszałem przez wszechobecną kakofonię, ale pokiwałem mu głowę, że rozumiem.
 Czyli tak to ma się skończyć... Przegrywamy, zmuszeni zostalismy do salwowania się ucieczką. Możemy jeszcze zginąć, w lepszym wypadku dostać się do niewoli, a tam, cóż za szczęście, też możemy zginąć. Z kolei jeśli uda nam się umknąć, to zostaniemy sami na terytorium przeciwnika i w takiej sytuacji też możemy zginąć. Na śmierć tyle sposobów, a na życie... tylko jeden – biec.
– Teraz! – Zagrzmiał Adi.
 Wszyscy naraz rzuciliśmy się w kierunku zejścia. Nigdy jeszcze nie poruszaliśmy się tak prędko, dosłownie cięliśmy powietrze. Wszędzie latały kule, jedna uderzyła Adolfa w rękę, inna przejechała mi po barku. Piekło wokół nas. Żyły zamarzały mi, kiedy słyszałem ten okropny świst przy uszach. Jakieś wrzaski, lamenty, ołów fruwa jak ptaki, ptaki, które pragną wydziobać ci wszystkie wnętrzności i dziobem wywiercić palącą dziurę w cielę oraz rozrzucić pozostałe szczątki po martwym polu.
 Tak! Domknęliśmy do zbocza! Mało nie gubiąc nóg, rwaliśmy w stronę lasu, leżącego na krańcu prawego boku drogi. Teraz widziałem. Rozciągnięty konwój był roznoszony na kawałki. Linie piechoty habsburskiej zakleszczały się na nim, a oddziały jazdy rozbijały większe ogniska oporu. Część wozów pierzchała z obszaru bitwy. Niedaleko mnie galopował w panice pewien koń. Jego przednia lewa noga wołała o pomstę do nieba; cała poharatana i okrwawiona. Nagle pękła, złamała się i biedny wierzchowiec przeturlał się po glebie. Wreszcie zaległ, rżał żałośnie. Z kończyny sączyła mu się posoka.
– Szybciej! – Ponaglaliśmy się, jeden przez drugiego.

 Wreszcie dobiegliśmy do skraju boru. Tylko nasza czwórka. Przecwałowaliśmy pod dwoma starymi dębami, noszącymi ślady pazurów. Głębiej i głębiej w gęstwinę. Bez sekundy odpoczynku brnęliśmy w głąb, przeskakiwaliśmy korzenie, kamienie. Drzewa rozmywały się nam przed oczami. Trzaskały deptane gałęzie, dyszeliśmy, płuca piekły niemiłosiernie, nogi miały dość, ale postój nie wchodził w grę.
 Strumyk! Zagnaliśmy do niego, aby zgubić ewentualny pościg. Mknęliśmy nim przez kilkanaście minut, przesadziliśmy się przez wielką, starą kłodę, która zagradzała wodną ścieżkę. Później wdrapaliśmy się przez głaz na powrót na glebę. Liściaste korony nie przepuszczały słońca, więc wszędzie panował mrok.
– Kiedy... się... za-trzymamy? – Wydyszał Gustaw.
– Jeszcze trochę! – Odparł Adolf.
Wszyscy padaliśmy ze zmęczenia, tylko Wige sprawiał wrażenie względnie nieumęczonego do granic wytrzymałości, ale on akurat potrafił długo robić za trzech, aby potem, nie dając ostrzeżenia, legnąć bez sił.
 Ile tak podążaliśmy, nie mam pojęcia. Czas się dłużył, a nas otaczał nieprzenikniony las.
 Wreszcie dotarliśmy na malutką polankę, rozciągającą się na ledwo tuzin kroków w każdą stronę.
– Starczy! – Rzekł Adi.
Momentalnie osunęliśmy się na ziemię. Łapaliśmy łapczywie powietrze, wypijaliśmy wodę wielkimi haustami. Dopiero po około pół godzinie gotowi byliśmy podjąć jakąś rozmowę.
 Niebo już ciemniało, jaśniejsze gwiazdy wstępowały na nie.
– To... co teraz robimy? – Zaczął Wigbert. Adolf podrapał się po głowie, złapał za brodę. Chwilę później rzekł:
– Rozbijemy tu obóz, przenocujemy. Jutro pomyślimy, co czynić dalej. – Objaśnił wyraźnie. Nie ma co, nadawał się na przywódcę, dzięki niemu uciekliśmy i wciąż trzymaliśmy się razem.
– Możemy rozpalić ogień? – Zgłosił wątpliwość Gute.
– Sądzę, że tak. Jesteśmy głęboko w lesie, a w nocy nikt nie zobaczy dymu.
 W krótkim czasie rozdysponowano zadania: ja z Wigbertem zbieraliśmy drewno na opał, Gustaw szykował miejsce do spania, a Adolf przeczesywał okolicę.
 Nastąpiła noc, płomienie tańczyły raźnie na ognisku. Gute przygotował prowizoryczne posłania z koców i płaszczy, a wokół polany powbijał naostrzone kije w charakterze ogrodzenia. Jedliśmy kolację, złożoną z suszonego mięsa, podpieczonego chleba, jabłek i resztki pozostałej wody. Gawędziliśmy trochę, wyrażaliśmy swoją szczerą chęć powrotu do domów.
 Dopadł mnie wreszcie sen, zdrzemnąłem się. Kiedy się obudziłem, wszyscy, poza Adolfem, już spali. Rozmaite gwiazdy ozdabiały nieboskłon.
– Nie spisz? – Zapytał mnie.
– Już nie, muszę iść w krzaki – Powiedziałem cicho, żeby nie obudzić reszty.
– Rozumiem. Hej, przynieś przy okazji trochę drewna. – Rzucił jeszcze.
– Jasne.
 Gdy z Wigem szukaliśmy drew, znaleźliśmy bardzo obfity w suche gałęzie zagajniczek, tam też się udałem. Spełniłem swą potrzebę i wziąłem się za zbieranie. Jak myślałem: doskonały materiał palny leżał wszędzie i w mgnieniu oka miałem ręce pełne patyków i gałęzi. Chciałem wracać, ale wtem moją uwagę przykuła poświata, dochodząca spomiędzy martwych krzewów. Położyłem stosik drewien na ziemi i poszedłem zobaczyć, co to. Kiedy się zbliżyłem, ujrzałem sporą, mogącą zmieścić dwie osoby, dziurę, ziejącą pod spróchniałym drzewem. Nie dawała jednak żadnego światła. Czyżby mi się coś przywidziało? Gapiłem się w tę czerń i wpadł mi do głowy pewien zamysł. Nachyliłem się do wyrwy i rzekłem:
– Echo
Natychmiast dostałem odpowiedź w postaci pogłosu, który brzmiał i brzmiał, aż w końcu całkiem ucichł. Czyli jest głęboko.
– Echo
Powiedziałem jeszcze raz. Nagle usłyszałem coś, jakieś trzaśnięcie. Spojrzałem się za siebie – w gąszczu coś stało, dużego, dwa czerwone punkty łypały na mnie. Wtem jakby się oślizgnąłem, wydobyłem z siebie krótki krzyk. Wpadłem do jamy.


Czas nieokreślony, podziemie.
 Spadałem nogami w dół. Raz po raz uderzałem o zbocza otchłani. Naraz spadek złagodził swój kąt i przeturlałem się po twardej ziemi. Leżałem przez chwilę w dziwacznej pozycji. Wreszcie zebrałem się w sobie i wstałem. Czym prędzej podlazłem do miejsca, z którego wypadłem. Obmacywałem suchą ścianę, ale nie było na niej żadnej dziury, ani nawet tej nieostrej pochyłości. Co to ma znaczyć? Odwróciłem się, z drugiego kierunku, zza zakrętu, dochodził jakiś poblask. Powolnym krokiem ruszyłem tam, a gdy minąłem zakos ujrzałem korytarz; długi na dwadzieścia-parę kroków, wysoki na cztery,  zrobiony z ciemnego kamienia, pokrytego czerwonymi ornamentami, które tworzyły niekończące się, zawiłe labirynty, zajmowały one także sufit, zaś podłoga wydawała się mozaiką z czarnych i szkarłatnych płyt. W lukach po obu stronach paliły się świeczki, dając ciepłą poświatę. Na końcu przejścia tkwił otwarty portal bez drzwi, kiedy go przekroczyłem, znalazłem się w półkolistej sali. Między jej sklepieniem a posadzką dało się zmieścić ze cztery konie, stojące na sobie. Naprzeciwko mnie widniało pięć wejść, delikatnie wychodzących na siebie, zbudowanych tak jak to, pod którym stałem. Sterczałem w tym holu. Wszędzie panowała cisza, zakłócana tylko przez skwierczące płomienie świec i mój oddech. Zaniepokoiłem się tym wszystkim. Gdzie ja jestem? Umarłem?... Raczej nie.
 Nadstawiałem uszu, ale żaden nowy dźwięk się nie pojawiał. Postanowiłem wejść w jeden z tych korytarzy. Po chwili zastanowienia wybrałem skrajnie prawy. Ostrożnym chodem zbliżałem do niego. Zerknąłem za siebie i skamieniałem – portalu, przez który wszedłem, nie było, pozostała jeno gładka ściana. Podbiegłem tam, dotykałem miejsca, gdzie powinien się znajdować, ale bezcelowe okazały się moje starania. Wziąłem głęboki oddech i zawróciłem, znowu kierując się do upatrzonego tunelu.
 Przekroczyłem próg, przez moment szedłem prosto, potem przebyłem zakręt i zatrzymałem się na niewielkim rozwidleniu. Po lewej otwór zasłonięty materiałem z namalowanym czerwonym „okiem”, po prawej biegł krótki korytarzyk. Na jego końcu mieściła się duża krata. Dochodził stamtąd przeciąg. Przystąpiłem tam, złapałem za metalowe pręty i krzyknąłem w mrok, który się za nimi rozpościerał:
– Hej! Jest tam kto?!
Nie otrzymałem odpowiedzi. Powtórzyłem to jeszcze trzy razy – bez skutku.
 Zrezygnowany przelazłem pod tkaniną. Dotychczasowy porządek przepadł. Jama, do której się wkradłem, była oświetlana przez ognistą kulę, wiszącą pod nierównym sklepieniem. Blask płomienia ukazywał surowe, ziemne ściany i podłoże, na którym leżał stos kości zwierząt i ludzi. Glebę pokrywała krew. Teraz autentycznie się bałem. Pod krawędzią groty znajdowało się skalne podwyższenie, podzielone na dwie części przez spękany głaz. W powietrzu nosiła się woń śmierci.
 Niespodziewanie flautę przerwało stłumione warknięcie, zamarłem. Odgłos doszedł zza kotary zasłaniającej wejście. Nasłuchiwałem i szybko dopadł mnie dźwięk kroków, ciężkich tupnięć, bynajmniej nie ludzkich.
 Przerażony wbiegłem na uniesienie, położyłem się i przycisnąłem do kamienia rozgraniczającego, przy okazji zauważając, że widnieje w nim otwór wielkości głowy. Przylegając do podłoża, wyglądałem zza skalnego grzbietu.
 Rozległo się brzmienie rozwieranych krat i masywnego stąpnięcia o posadzkę. Przez zasłonę prześwitywał niewyraźny kształt, przypominał niedźwiedzia, ale szybko przekonałem się, że to coś innego: potężny pies, czy też wilk, wysoki jak kuc, o gęstej, czarnej sierści, która pokrywała całe ciało, z mocarnymi łapami i jarzącymi się czerwonym blaskiem oczami. W pysku trzymał za klatkę piersiową martwego żołnierza austriackiego. Ułożył jego zwłoki obok kopca szczątków, wtedy też zobaczyłem jego kły. Nieziemskie zębiska, które mogłyby przebić najwyższej klasy kirys. Stwór raz po raz skubał przyniesione truchło, nie zachowując ani trochę staranności spożycia.
 Nieoczekiwanie kreatura zaprzestała jeść i poczęła podejrzliwie węszyć, posępnie przy tym pomrukując. Cholera, zaraz zginę! Rozpaczliwie myślałem, co zrobić. Pysk potwora coraz bardziej zwracał się w moim kierunku. Macałem dłonią za sobą, przecież widziałem tu wcześniej całe sterty kamyków. Serce wyrywało się ze mnie, diabelski pies stawiał już pierwsze kroki w kierunku mojej kryjówki. Smoliste pazury, zbroczone krwią, jak drogowskazy prowadziły na mnie. Jest! Pochwyciłem dłonią kanciasty kamień i bez namysły przerzuciłem go na drugą stronę podwyższenia, za głaz rozgraniczający.
 Stukot zatrzymał istotę, która zjeżyła swe futro i skuliła łeb. Następnie, w mgnieniu oka, wilkostwór skoczył ku źródłowi hałasu. Moment ciszy. Wtem straszna paszcza ukazała się w otworze skały, płomieniste ślepia wpiły się we mnie.
 Wyskoczyłem jak rażony piorunem. Ile życia mi pozostało, tak biegłem. Przestrzeliłem pod kotarą, zerknąłem na boczne odejście, ale kraty znów były zamknięte, więc salwowałem dalej. Słyszałem ciężkie stąpnięcia goniącego mnie diabelstwa. Wpadłem do holu z korytarzami i nie zastanawiając się zbytnio, wbiegłem w drugi od lewej.
 Tunel zbudowano wedle poprzedniego stylu; ciemne ściany pokryte czerwienią, z pochodniami w wyłomach.
 Masywne tupanie znów się zbliżało. Wemknąłem w boczną ścieżkę, nieco mniejszą od głównego przejścia. Moment później wleciałem do sali, której dwa brzegi rozdzielało jeziorko pełne jakiejś mrocznej substancji, która wrzała, ogrzewając tym pomieszczenie. Na cienistej tafli dryfowały obsydianowe tafle. Objąłem to wzrokiem. Warkot, który doszedł zza wejścia pośpieszył mnie. Zacząłem przeskakiwać po małych wysepkach, ponad gorejącym płynem. Niebezpieczne, ale nie trudne. Parę sekund potem znajdowałem się na drugim „lądzie”. Spojrzałem na przeciwną stronę, stał tam potwór. Wykrzywił pysk w grymasie gniewu i począł również przebywać się po czarnych płytach.
 Kontynuowałem ucieczkę, pędziłem najszybciej jak mogłem. Odgłos kroków na nowo się wzmógł, monstrum było coraz bliżej. Zauważyłem kolejne przejście i wegnałem w nie.
 Dostałem się do kolejnej groty, z której nie odchodziłem żadne inne wyjście. Poza izdebką, na którą prowadziły skalne schody, nic się tu nie mieściło, same lite ściany. Pozostałem bez wyjścia, słysząc nadbiegającą kreaturę, wkłusowałem po stopniach. Zatrzasnąłem prędko wzmacniane metalowymi częściami drewniane drzwi z kratą na wysokości głowy. Zasunąłem podwójną zasuwę. Wtedy do bramy przypadł stwór, a mnie odrzuciło na podłogę. Bestia drapała, skowytała, wydawało się, jakby miała się zaraz przedrzeć przez tę jedyną barierę i zabić mnie.
 Skuliłem się, ukryłem twarz w dłoniach, w myślach powtarzałem „nie, nie, nie, o Boże, nie chcę umierać!”. Kreatura uderzała we wrota, które trzeszczały przeraźliwie, trzęsąc się na, wystawionych na ciężką próbę, zawiasach.
 Wycie, to wycie, ten jazgot, piekielne warkoty wydobywające się z paszczy pełnej ostrych kłów. Jarzące się oczy, pełne chęci mordu, przewiercały mnie.
 Nagle... spokój. Potwór zaprzestał natarcia i zeskoczył na posadzkę. Oddychałem głęboko. Żyję, cud. Łapałem powietrze jeszcze przez chwilę i wreszcie wstałem. Ostrożnie podszedłem do luftu w ścianie, który ciągnął się przez całą długość mego schronienia.
 Diabelny pies krążył na dole i ciągle powarkiwał ze zniecierpliwieniem. Na prawo, na lewo. Bez przerwy robił takie przejścia, pilnując jednocześnie wejścia do komnaty i łypiąc na mnie szkarłatnym wzrokiem. Raptem stanął, rozstawił szeroko kończyny i zaczął „szczekać” w kierunku izdebki. Nienaturalne jego ujadanie, przepełnione agresją, smutkiem, o niskim, piekielnym tonie, rozbrzmiewało po podziemiach. Musiałem przysłonić sobie uszy, ale to nic nie dało. Moja głowa bolała jak uderzana gorącym młotem, ogłuszające skowyty doprowadzały do szaleństwa.
2  Hyde Park / Zaginione Zwoje - opowiadania / Lisek Paczka z Moskwy : 04 Sierpnia 2014, 11:34:20
No to tak, J'Bergo miał (miał :D ) pisać opowiadania. Sytuacja była troszkę skomplikowana, bo najpierw robiłem własne tłumaczenie z ta'agry na polski, potem pisałem coś, co gatunkowo pasowało do antyutopii. Ale właśnie początek tej antyutopii był klątwą, nie mogłem z niego wyjść, a niedawno stwierdziłem, że potrzeba jeszcze jednego dnia akcji  ^_^ . Próbowałem też zrobić komedię, a olać to. Odpowiednio tchnięty piszę to i to wam oddaję. Bądźcie szczerzy w ew. ocenie (ale nie linczujcie  ;D). Teraz jadę na parogodzinną wycieczkę, więc zobaczę, czy ktoś się zainteresował, kiedy z niej wrócę.

Lisek
Paczka z Moskwy
Rozdział pierwszy - promienny świt
To był piękny dzień, bezchmurne niebo rozpromienione słońcem i porządną dawką promieniowania radioaktywnego, bezwietrznie, a temperatura oscylowała w granicach dwudziestu-trzydziestu stopni Celsjusza. Obecny stan Ziemia zawdzięczała ekstremalnym wydarzeniom z 16 sierpnia 2024 roku. Wtedy to stolice wszystkich państw posiadających arsenał atomowy zostały zrównane z ziemią. Waszyngton, Moskwa, Paryż, Londyn, Pekin, Nowe Delhi, Tel Awiw-Jafa, Islamabad, Torval, Tokio i Phenian – wszystkie zostały zniszczone w wybuchach jądrowych. Nie wiadomo, czy była to skumulowana agresja, którą te kraje wymierzyły w siebie, czy też niewyjaśnialny kataklizm. Tak czy inaczej, rozpoczęło to wielką, międzynarodową wojnę, zwaną III Wojną Światową, Wojną Nuklearną, a nawet, niebezpodstawnie, Ostatnią Wojną. W jej wyniku cała sytuacja uległa poważnej zmianie; rasa Khajiicka, mniej odporna na promieniowanie od ludzkiej, zniknęła ze świata, wszystkie państwa upadły, a narody i inne społeczności zostały rozbite, znaczny obszar stał się niezdatny do życia, zaś populacje wszystkich gatunków zmalały bądź całkiem zniknęły.
Teraz trwa rok 2032, 8 lat po wojnie ludzkość na dobre wyszła z azylów, tuneli i kryjówek aby kontynuować swoją egzystencję na powierzchni znędzniałej planety. Początkowo tylko najodważniejsi oraz najgłupsi zapuszczali się poza schronienia, gdyż obawa przed skażeniem, mutantami i innymi zagrożeniami wywoływała zbyt wielką trwogę. Teraz jednak istniały już prawdziwe społeczeństwa, mało tego, niektóre utworzyły własne tradycje, kulturę, a nawet coś na kształt dawnych państw. Niezależnie jednak, czy żyło się w jakiejś wspólnocie, czy też wiodło los samotnika, trzeba było starać się bardziej, niż w czasach, kiedy sklep widziało się ze sklepu, informacje powszechnie udostępniano z internetu i telewizji, a bezpieczeństwo zapewniały odpowiednie służby. Mowa jednak o ludziach, a więc podejść do tej sytuacji było tyle, ilu żywych przedstawicieli tego gatunku. Niezłomni wojownicy Czystej Ziemi, idealistyczni obywatele Nowej Republiki, naukowa wspólnota HE, wierni akolici Błysku i, im podobni wierzyli, że można odnowić Ziemię, prowadzili zdecydowane działania mające zniszczyć wynaturzenia i ponownie wynieść człowieka na piedestał władcy niebieskiej planety. Organizacje pokroju Nowego Świata, Kościoła Czerwonego Oka czy Królestwa Miedzi wychwalały obecny stan, traktując go jako ogromną szansę i budując społeczeństwa dostosowane do postapokaliptycznych warunków istnienia. Powstały też inne twory, z różnymi celami i ideami, zorganizowane, jak Arka bądź anarchistyczne, które trudno nazwać, choćby wspólnotą, jak bandyci. Poza tym bytowały społeczności lokalne – odtworzone wioski, obozy, miasteczka itp. Ci, którzy nie chcieli należeć do żadnej większej jednostki, dobierali się w małe grupy, albo też działali samotnie. Pobudki tego były różne – własne zasady, możliwość zdobycia większego łupu, a nawet zwyczajne widzimisię.
22 listopada 2028 roku, w deszczową noc do Nouveau Noroy, ludzkiego osiedla na wschodzie dawnej Republiki Francuskiej, przybył starym, zmodyfikowanym Volkswagenem Caddy typu 14d pewien człowiek. Zatrzymał samochód obok drewnianej stodoły przekształconej w dom. Znajdowała się ona w lesie, patrząc od wejścia do budynku: z prawej strony i z tyłu istniało naturalne podniesienie terenu, z przodu obszar był płaski, zaś z lewej figurowało osuwisko. Przed drzwiami czekał na kierowcę mężczyzna w białym stroju, z lekką nadwagą – Albert Lerrault. Zakapturzony przyjezdny wysiadł, jednak nie był sam – drzwi pasażera również się otworzyły i wyszedł nimi czternastoletni chłopak, także odziany w ciemny płaszcz z kapturem nałożonym na głowę. Obydwaj stanęli parę metrów przed właścicielem stodoły. Starszy zrobił krok w przód i podał monsieur Albertowi mały, prostokątny pakunek owinięty w czerwoną chustę. Wskazał na chłopaka i patrząc gospodarzowi prosto w oczy powiedział:

-To jest Lis. Zna rosyjski i angielski, francuskiego nauczysz go ty, jak i ty będziesz się nim teraz opiekował. Dbaj o niego, pamiętaj, kim jesteś i co to dla ciebie znaczy.

Chłopak, delikatnie popchnięty, podszedł do swojego nowego opiekuna, zrzuciwszy kaptur, odsłonił młodą twarz. Ukazały się szare oczy z domieszką bursztynowej barwy przy źrenicy i rudawe, przydługie włosy. Tajemniczy człowiek, nie oglądając się, wsiadł do swojej furgonetki i odjechał. Kiedy zniknął w mroku nocy Albert Lerrault spojrzał na Lisa, badał go wzrokiem, a po chwili rzucił krótkie „za mnoj”. Weszli razem do wnętrza budynku. Tam dla Lisa rozpoczęło się nowe życie. Chłopak był pojętnym, zdrowym, szczupłym i wysportowanym osobnikiem przeciętnego, a nawet trochę niższego wzrostu. Albert przekonał się – dzieciak faktycznie potrafił mówić po rosyjsku i angielsku. Z początku uczył rudzielca tylko francuskiego, ale z czasem zaczął go szkolić w mechanice, wpoił zasady pierwszej pomocy, a także umiejętność, jakże wartą w dzisiejszych czasach, władania bronią. Wyszkolił, jak posługiwać się nożem, w jaki sposób strzelać z broni palnej; pistoletu, strzelby i jak porządnie rzucać granatem.
Kiedy Albert chciał nauczyć Lisa podstawowych zasad działania z innymi oraz retoryki wyszło na jaw, że ten nie miał kontaktu z ludźmi poza Facetem, który go tu przywiózł i samym Albertem. Lerrault postanowił zabrać go na przechadzkę po Nouveau Noroy. Wybrali się tam 16 lipca 2029 roku. Po kilkudziesięciu minutach doszli do ludzkiego osiedla. Przy popękanej, asfaltowej ulicy stało trochę budynków; po lewej stronie zrujnowany gmach poczty, pozostałości paru domów oraz dwa obiekty w lepszym stanie: stary sklep z niewielkimi ubytkami w paru miejscach i garaż, w którym ktoś urządził sobie lokum. Po prawej istniał dawny warsztat samochodowy, kilka rozwalonych sklepików, podniszczony bar i gruzy po chałupach. Sumując – z całej wisi tylko cztery obiekty były w wykorzystaniu, więc, jak łatwo się domyślić, stała populacja również sięgała czterech osób. Ułatwiało to Albertowi zadanie z zapoznaniem Lisa z miejscowymi. W pierwszej kolejności udali się do starego sklepu, który, dzięki temu, że właściciel był kupcem, zachował swoje pierwotne przeznaczenie. Weszli przez drzwi z kwadratowym oknem, wybitym częściowo w prawym górnym rogu. Proste wnętrze, przez środek pomieszczenia przebiegał kontuar, a za nim przejście na zaplecze. Oświetlenie zapewniały dziury w dachu i ścianach. Za szynkwasem stał czterdziestoletni mężczyzna z niedokładnie ogoloną szczecinką i krótkimi, szatynowymi włosami. Przy nim tkwiły dwie półki z towarem, ale szczególną uwagę Lisa przykuła strzelba oparta pod ladą. Kupiec pogodnie spojrzał na przybyłych.
-Witaj, Albercie. Kogóż to przyprowadziłeś ze sobą?
-To jest Lis, opiekuję się nim. -Odrzekł kładąc dłoń na ramieniu podopiecznego
-Ah tak.. no dobrze, miło cię poznać Lisie, ja jestem Gérard Ferrer. -Handlarz skinął Lisowi i ponownie zwrócił się do Alberta. -Od dawna się nim zajmujesz?
-Już jakoś rok.
-Nie gadaj, rok? Heh pierwszy raz go widzę.
-I nic dziwnego, jak dotąd nie wychodził daleko poza mój dom.
-Rozumiem, ale chyba go nie uwięziłeś, co? -Gérard przybrawszy minę detektywa uśmiechnął się kącikiem ust.
-Daj spokój. Potrzebuję nowych części do kolumny kierownicy. -Rzucił poważnie Lerrault przechodząc do rzeczy.
-Aa muszą być takie serio nowe?
-Jeśli działają i wytrzymają więcej, jak stare, to możemy je uznać za względnie nowe.
-W takim razie zamówienie przyjęte, zaczekaj chwilę...
-Gérard uniósł się od lady i poszedł szukać w swoich zasobach odpowiedniego towaru. Z drugiego pomieszczenia wydobywały się dźwięki przesuwania przedmiotów, brzdęknięcia, kiedy metalowe rzeczy stukały o siebie i co jakiś czas krótkie wypowiedzi sprzedawcy „Gdzie to gówno jest?”, „Jeszcze chwilę, zaraz znajdę”, „To musi być tutaj”, a w końcu dało się usłyszeć wyczekiwane „Jest!”. Kupiec wrócił z jakimiś kawałkami metalu i położył je przed Albertem, który szybko się im przyglądnął.
-I co, może być?
-Albert pokiwał głową. -Tak, nadadzą się. Ile za nie chcesz?
-Powiedzmy 20 graciaków. -Potencjalny nabywca wyjął z kieszeni swojej zielonej kurtki dwie strzykawki w szklanych cylinderkach i garść śrub w dobrym stanie.
-Proszę.
-Chyba żartujesz, tu nie ma dwudziestu.
-Więc sprzedaj za 18. -Odrzekł Albert wzruszając ramionami.
-Osiemnastu też tu nie ma. Maks 16.
-Oj tam, dostałeś dwa stymulanty. -Powiedział Lerrault wskazując na towar.
-Ale i tak, to jest więcej warte. A chyba nie chcesz jeździć jak pijak z kurzą ślepotą tym swoim gratem. -Gérard spojrzał mu prosto w oczy z lekka wyzywającym wyrazem.
-Eh niech ci będzie.. -Albert wyjął z kieszeni spodni klucz hydrauliczny porządnego wykonania. -A teraz oddaj dwie śruby.
-Masz. -Gérard przesunął elementy kolumny i dwie śruby w stronę Alberta, a sam zabrał resztę.
-Robisz się coraz droższy. -Wyrzucił mu nabywca kolumn.
-No co, nie mogę przecież pozwolić, żeby przy chłopaku wyjść na taniego i podrzędnego handlarzynę.
-Jakby mnie obchodziło, na kogo ty wychodzisz. Do następnego razu.
-Bądźcie zdrowi. -Albert z Lisem wyszli ze sklepu i zamknęli za sobą drzwi. Młodzieniec od razu zapytał:
-Co to miało znaczyć?
-Ale co? -Jego opiekun nie bardzo wiedział o co chodzi.
-On powiedział ci o jakiś 20 graciakach, a ty mu położyłeś jakiś na ciemno wzięty szmelc.
-Żaden szmelc, to były stymulanty adrenaliny i czyste, nieużywane śruby. -Odparł mu Albert z pełnym przekonaniem
-No dobra. Więc te „graciaki” to śruby, tak?
-Nie -Rzekł Albert, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. -Graciaki to umowna wartość różnych rzeczy. Sam chyba przyznasz, że obecnie jakiekolwiek pieniądze są nieprzydatne i dlatego działa zasada wymienialności.
-No to ile graciaków warta jest taka śrubka? -Poparł pytanie dociekliwym spojrzeniem.
-To zależy, jak się dogadasz.
-Czyli de facto, te całe graciaki mogą być każdym znalezionym złomem?
-Dokładnie, jeśli tylko możesz coś za to dostać, to tak.
-Yhy wspaniale.. Po co tu jesteśmy, tak w ogóle?
-Chcę żebyś poznał innych ludzi, inne charaktery. Poza tym potrzebowałem wymienić części w aucie, bo chcę cię nauczyć jeździć. Zresztą nie przeciążaj tym swojego mózgu, wszystko wyjdzie ci na dobre. -Zapewnił go Albert.
-Okej, skoro tak uważasz -Odpowiedział mu Lis z nieukrywaną ironią.
-Ja to wiem
-Tak, tak., oczywiście.
-Wątpisz we mnie?
-O a skąd, w życiu nie wątpiłbym w tak mądrego człowieka.
-Albert uniósł lewą brew, co od razu zrobił też Lisek. Ruszyli dalej, podeszli do podwoi garażu, które na środku miały naklejoną kartkę z napisem „Nie wchodzić, bo zabiję. Wiadomości zostawiać u Angèle w barze”. Lis dotknął kartki i powiedział:
-Chyba ktoś nie chce, żeby chodzić mu po chacie.
-Nikt normalny tego nie chce. -Opiekun ucieszył się, że chociaż trochę tą wypowiedzią odegrał się na podopiecznym
-Kto tam mieszka?
-Ian, myśliwy.
-Myśliwy? A na co poluje?
-Na mutanty, polować na zdrowe zwierzęta, to w dzisiejszych czasach niemal grzech.
-I co robi z tymi mutantami?
-..Zabija? -Odparł Lerrault.
-No a potem?
-Trofea zatrzymuje dla siebie, a to, co da się zjeść zanosi do baru.
-Mutanty można jeść? -Spytał z niedowierzaniem.
-Po przyrządzeniu? Jasne. -Na twarzy Lisa widać malowało się lekkie zdziwienie -Oj chłopcze, mało znasz ten świat, za mało. -Przekroczyli ulicę, na której stały puste wraki samochodów.
-Ten kupiec, Gérard, miał strzelbę pod ladą.
-I co w tym dziwnego? Dzisiaj każdy powinien mieć broń.
Stanęli pod barem, który był teoretycznie dwupiętrowy, z tym, że z drugiego piętra została tylko podłoga i resztki ścian. Budynek zbudowano na planie prostokąta z zaokrąglonymi rogami i wypustkiem, w którym usytuowano toalety. Nad popękanymi szklanymi drzwiami wisiał, niegdyś podświetlony, znak BNF – popularnej sieci wiejskich barów, której pełna nazwa brzmi „Bon Nourriture Française”, czyli „Dobre Francuskie Jedzenie”. Weszli do środka. Większość stolików i krzeseł porozrzucano pod ścianami, tylko trzy okrągłe, czerwone lady stały obok siebie, na środku. Pod dawnym stanowiskiem z kasami leżało 6 mat do spania. W kuchni gotowała się woda. Albert z Lisem stanęli obok pozostawionych stolików rozglądając się po wnętrzu.
-Angèle! -Zakrzyknął Albert. Po paru sekundach ciszy odezwał się kobiecy głos:
-Już idę! -Ze schodów prowadzących na, teraz już, dach zeszła młoda, około dwudziestopięcioletnia blondynka w białym, znoszonym ubraniu medyka.
-Hej Albert, dawno cię nie było, w sumie to dobrze. A twój towarzysz to?..
-Angèle poznaj Lisa, opiekuję się nim, a teraz zapoznaje ze światem. Wybacz, że tak długo cię nie odwiedzałem, ale rozumiesz miałem, co robić i jakoś się przy tym nie zraniłem.
-A w porządku. Cholera, woda. -Kobieta pobiegła do kuchni i odłączyła czajnik od akumulatora. -Dobra, to czego wam potrzeba? -Zapytała łącząc dłonie.
-Może mogłabyś nam pokazać na czym polega FH?
-O Jasne, żaden problem, chodźcie tutaj. -Blondynka zaprowadziła ich w kąt restauracji i wyjęła płaską, białą skrzynkę -Dobra, a więc tak: FH to skrót od Fast Help – czyli specyfików szybkiej pomocy wprowadzonych w 2018 roku przez ONZ na skalę międzynarodową. Są to strzykawki z częściowo uniwersalnymi substancjami medycznymi. - Angèle wyjęła szklany cylinderek z czerwonym paskiem, który wielkością i kształtem przypominał chudą szklankę. -FH mają też dodatek, który powoduje, że miejsce po ukuciu nie boli i szybciej się goi. Fast Helpy posiadają takie kolorowe paski, które informują, na co jest dany zastrzyk. Ten ma czerwony pasek. -Wskazała na obwódkę okalającą pojemniczek. -Więc jest na zakażenia krwi, na siniaki, łatwe obrzęki, zmniejsza krwawienie, pomaga goić się ranie. Można go nazwać podstawowym, bo jest od rzeczy typu: ktoś mnie ciął nożem, ktoś mnie postrzelił, czy walnął baseballem. Zielony pasek oznacza FH przeciw zatruciu, jadowi, cięższym zakażeniom i tak dalej. Żółte zmniejszają skutki promieniowania, pomagają przy oparzeniach, a białe wzmacniają organizm, stabilizują w nim układy, tak po prostu staje się silniejszy. To przydaje się, kiedy nie wiadomo, co dolega albo podczas choroby. -Objaśniła Angèle, a następnie, zdjąwszy pokrywkę, ukazała ośmiocentymetrową igłę. -FHpy stosuje się prosto – wbijasz w pobliże urazu i wstrzykujesz do końca. To w sumie tyle.
-Dziękujemy ci za ten wykład. Gdybyś mogła jeszcze opisać Lisowi działanie stymulantów, byłoby super.
-Ok, no to słuchaj, Lisie.. -Albert wstał i odszedł gdzieś dalej. -Stymulanty wspomagają pewne „czynności” organizmu. Są różne stymulanty; na adrenalinę – przydatne podczas walki, stymulanty na pobudzenie, żeby nie zasnąć, na erekcję, poprawiające myślenie, istnieje ich rodzajów cała masa. Stały się modne w latach dwudziestych. Są robione według schematu, jak FH. Z Tym, że stymulanty mają słowny opis tego, co dają, dlatego nie ma problemu z zapamiętywaniem kolorów czy czegoś. A i nie można z nimi przesadzać -Dodała pouczająco.
-Dlaczego?
-Zbyt częste stosowanie ma negatywny wpływ. Powodują zaburzenia, osłabiają organizm, który bez nich nie wyprodukuje odpowiednich substancji. Mogą nawet zadziałać jak narkotyk. Dlatego trzeba z nimi uważać.  Rozumiesz wszystko? -Lis pokiwał głową i powiedział krótkie „tak”. -To super. Albert skończyliśmy!
-Dobrze, dzięki za pomoc, Angèle.
-Proszę bardzo, to nic wielkiego. -Odpowiedziała machnąwszy ręką.
-Wiesz może, kiedy wróci Ian?
-Oj nieprędko, wybył jakąś godzinę temu.
-Rozumiem.. No dobra, to do zobaczenia następnym razem.
-Jasne, trzymajcie się. -Po wyjściu z baru Albert zapytał Lisa: -I jak, przydatna wizyta?
-Chyba Tak. Angèle jest lekarzem?
-Medykiem, przed wojną była wolontariuszką w Afryce. Teraz leczy i żywi ten zakątek. -Powiedział wskazując rozpostartymi ramionami Nouveau Noroy.
-Rozumiem, a składniki na jedzenie przynosi jej Ian?
-Dokładnie.
Poszli dalej, ku warsztatowi. Powoli zbliżał się zachód, podmuch wiatru omiótł pustawą okolicę, okolicę z reliktami przeszłości oraz umarłą, zwiędłą i zniszczoną roślinnością. Sucha ziemia i krucha, brązowawa trawa oraz stare, spróchniałe drzewka tworzyły krajobraz wokół Nouveau Noroy. Sam Albert miał swoją stodołę pół godziny drogi stąd, w zdrowym, zielonym lasku. Przed warsztatem, na drewnianym stoliku, stało radio nucące dwudziestowieczne piosenki Édith Piaf. Z budynku wyszedł łysy facet w niebieskiej budrysówce.
-W tym budynku mogą zatrzymać się i przenocować przyjezdni, jest to też mieszkanie Grégoire'a. Hej Grég, jak życie? -Rzucił pogodnie
-Witaj Albert, nic nowego. To miejsce może być już tylko pustsze. Chociaż widzę, że przyprowadziłeś kogoś nowego. -Mówiąc to spojrzał na młodego towarzysza Lerraulta.
-Tak, to jest Lis, ale nie martw się, on mieszka ze mną i nie zabierze wam tu miejsca.
-Oh jak wspaniale, przecież mamy taki tłok, prawdziwe przeludnienie...
-Może opowiesz Lisowi, czym się zajmujesz?
-Nie ma, co opowiadać. Zapewniam zagubionym miejsce do spania, ot co.
-Muszą coś zapłacić w zamian za nocleg? -Padło pytanie z inicjatywy Liska.
-E tam, niby czym mieliby? Zwyczajnie, jak nie będą sprawiać problemów, to mogą sobie tu pomieszkać.
-A dlaczego zagubieni?
-Bo nikt inny tutaj nie trafia, no ewentualnie jeszcze jacyś podróżnicy, ale to rzadko się zdarza.
-To dość.. szlachetne, że ich żywicie i lokujecie za darmo. -Stwierdził bez większego przekonania.
-O nie, nie żywimy – tylko miejsce jest darmowe, za żarcie muszą zapłacić.
-Rozumiem.. -Zapadła krótka cisza, którą przerwał Albert widząc, że nie mają tu zbyt wiele do roboty
-No, w sumie, to by było na tyle ze zwiedzania, wracamy. Żegnaj Grég.
-Tak, tak żegnajcie.
Albert wrócił z Lisem do swojego domu. Po tej wizycie objaśnił mu, jak się targować, jak przekonywać ludzi, co robić, a czego nie, żeby nie wyjść na słabego, głupiego albo zwyczajnie nieprzyjemnego. Kiedy naprawił auto zaczął uczyć Lisa jeździć. Nieustające postępy wzmacniały chłopaka i przygotowywały go do życia w skażonym, na-wpół martwym świecie.
16 czerwca 2032 roku. Delikatny wiatr powoli napędzał ciemne, deszczowe chmury. Po wczorajszych urodzinach Albert oficjalnie przekazał Lisowi swoje Renault Liberté-Terra z 2018 jako prezent, przebijając tym cukierki od Angèle, szwajcarski scyzoryk Gérarda, środek do czyszczenia broni Grégoire'a, a zwłaszcza myśliwego Iana, który w ogóle się nie pojawił. Wychodziło na to, że pomimo tych kilku lat Lis wciąż go nie poznał. Osiemnastoletni chłopak, ubrany w zieloną kurtkę, opierał się o swój nowy samochód. Miał dziś zrobić pierwszy, samodzielny objazd terenu.
-Na pewno chcesz mi go dać? -Zapytał Lis z chytrym wzorkiem.
-Mnie jest już niepotrzebny. Mam tylko jeden warunek -Rzekł Albert unosząc prawą rękę.
-Jaki?
-Nie rozpieprz mi go
-Postaram się
-No to jedź, tylko wróć przed burzą.
-Jasne, jasne
Rzekł Lisek wsiadając do auta. Włożył kluczyk do stacyjki, dał bieg do przodu i ruszył, zostawiając za sobą chmurkę kurzu. Jak zawsze zabrał ze sobą swój pistolet i nóż. Albert spokojnym krokiem wrócił do stodoły, w której słusznie uzbierał mały arsenał broni. Terenowy renault mknął leśną ścieżką rozchlapując błoto i rozrzucając kamyki. Gałązki pękały pod kołami, a mokrzejsze liście przyklejały się do maski. Wycieraczki pracowały zmazując owady i nieczystości z szyby. Samochód podskakiwał nieznacznie na wybojach, nieco ryzykowna prędkość, tylko nieznacznie zmniejszana na zakrętach, utrzymywała się przez cały czas. Lis chwytał każdą chwilę, ciesząc się byle sekundą. Na prostszym odcinku zerknął w górę i stwierdził, że czas już wracać. Wjechał w boczną dróżkę kierując się w stronę stodoły, teraz jednak wolniej.
Kiedy był już niedaleko domu rozległy się odgłosy wystrzałów. Krótka seria z karabinu, parę strzałów z pistoletu i dwa grzmoty ze strzelby w odwecie. Lis pośpiesznie zamknął auto i pobiegł w stronę stodoły. Ponownie krótka wymiana ognia, dało się słyszeć dziurawione drewno. Chłopak cicho podszedł do podwyższenia na wale, delikatnie wychylił się z prawej aby ocenić sytuację. Zobaczył sześciu ludzi z przodu obiektu, schowanych za pniakami i piramidkami z balików. Jeden z nich dzierżył karabin szturmowy, czterech innych pistolety i pistolety maszynowe, a ostatni Rusznicę Zajta wersji siódmej. Lis zerknął teraz z drugiej strony, przy prawej ścianie stodoły, naprzeciw niego, skradało się trzech kolejnych napastników, jeden z karabinem, pozostali mieli pistolety. Chłopak wyciągnął własnego SIG'a PR 4. Zszedł nieco niżej. Jeśli byłby dość szybki mógłby strzelić do tych z przodu, a później do drugiej grupki. Wychynął i wycelował do jakiegoś typa. Przeczekał chwilę, dokładnie wymierzył. Musiał działać szybko. Kiedy znowu odezwał się karabin dziurawiący drzwi stodoły, Lis wstrzymał oddech i strzelił. Pocisk trafił w cel, który padł na ziemię, a chłopak szybko schował się za podwyższenie. Jakieś podniesione głosy, teraz spojrzał z lewej strony, grupa atakująca od frontu nie zauważyła go. Ponownie przygotował się do oddania strzału, wziął na muszkę karabiniera. Moment skupienia i strzał oraz pudło, po części. Kula trafiła, ale nie w tego, w kogo miała. Facet z pistoletem gruchnął o ścianę, na której został krwawy ślad. Sekundę po tym ktoś z wnętrza walnął w to miejsce ze strzelby. Lis chował się właśnie, szczęśliwy, że znowu się udało, a wtedy w ziemię obok niego uderzyło kilka naboi. Spojrzał jeszcze raz – pozostała dwójka biegła w jego kierunku z nastawioną bronią. Zerwał się i w przygarbieniu pobiegł, ile sił do zasłony, którą tworzyły drzewa. Blisko niego powietrze przecięły jeszcze kilka pociski. Lis wbiegł w las, przeskakiwał powalone gałęzie i rowy, aż w końcu stanął za jednym z drzew i czekał. Agresorzy zbliżali się, ich kroki, którym towarzyszył dźwięk łamanych gałązek, stawały się coraz głośniejsze. Są blisko, chłopak ostrożnie wyjrzał kontem oka, gość z karabinem szedł z przodu, a jego towarzysz, z pistoletem, za nim. Co zrobić, co zrobić?!. Lis popatrzył na ziemię, podniósł głowę i powoli wyciągnąwszy nóż myśliwski, ujął go w lewej dłoni. Zaczekał, aż idący jako drugi go minął. Gdy tylko zniknął za drzewem Lis wypadł zza niego i znalazłszy się za plecami wroga wbił mu nóż głęboko w skroń. Drugi napastnik momentalnie zaczął się obracać, a wtedy dostał kulkę w czoło. Dwa ciała leżały u stóp Liska, który właśnie uświadomił sobie, że zabił dzisiaj czterech ludzi. Absolutnie jednak tego nie żałował. Oni atakowali, on się bronił. Zamiast czynić rozterki podniósł karabin i ponownie udał się w stronę stodoły. Podchodził od tyłu, ujrzał, że również stąd próbowano uderzyć, napastnikom plany pokrzyżowały metalowe płyty chroniące tylną połowę stodoły. Albert ustawił je na właśnie taki wypadek. Dwóch wrogów z pistoletami maszynowymi HK UMP 2 odeszło od grupy frontowej i powoli kierowało się ku lewej ścianie. Lis podkradł się i jako że był wyżej skoczył na niczego niespodziewającego się człeka. Wykorzystując prędkość uderzył faceta kolbą w łeb. Ofiara wyczynu upadła na glebę z połamaną czaszką. Drugi przeciwnik odwrócił się słysząc zamieszanie, a Lis skierował na niego karabin i strzelił. Nigdy jeszcze nie używał karabinu – siła strzału przewróciła go z klęczków. Mimo to trzy pociski wypadły z karabinu trafiając w brzuch, lewą pierś i mostek. Zaskoczony napastnik oddał kilka strzałów w niebo i bezceremonialnie padł. Lis upewnił się nożem, że ten, który oberwał kolbą nie żyje, a następnie dopadł do ściany. Wyjrzał zza rogu – czysto, wszyscy pozostali napastnicy atakowali od frontu. Podszedł do tajnych drzwi w lewej ścianie. Tylko dwie osoby miały do nich klucz, a jedną z nich był właśnie Lis. Włożył kluczyk do nisko umieszczonej dziurki i chiał już otwierać, kiedy z środka odezwał się CKM oddając serię w przednią część ich domu. Chłopak otworzył drzwi, wnętrze było podziurawione, zwłaszcza główne wejście. Na ciężkiej drewnianej ladzie, o kształcie prostokąta z rogami odchylonymi do tyłu, stał oparty na własnych nóżkach i podstawie Minem 16 w hebanowym kolorze. Za całą tą obudową siedział opiekun Lisa z krwawą raną na środku tułowia, którą przytrzymywał ręką.
-Albert! -Lis podbiegł szybko i przykucnął chowając się za drewnianą osłoną
-Lis, jesteś wreszcie
-Twoja rana..
-Teraz nie to jest najważniejsze, co się dzieje na zewnątrz?
-Z przodu jest trzech ludzi, pozostałych sześciu zabiłem
-No, to gratulacje. Dobrze cię wyszkoliłem, chociaż miałeś fory – to nasz teren i.. my go dobrze znamy.. W każdym razie, musimy pozbyć się reszty tych skurwieli.
-Więc co robimy? -Albert rozejrzał się po wnętrzu, aż postanowił wykorzystać poziom nad prawą częścią stodoły, który ciągną się przez całą jej długość, a od strony frontowej miał okno.
-Dobra, właź na górę. Ja będę cię osłaniał, masz karabin, to wystrzelasz ich z okna.
-Jasne -Potwierdził skinąwszy głową.
Lis naprężył się do szybkiego wejścia na drabinkę. Albert odsunął dłoń od krwawiącej rany, chwycił za CKM i rozpoczął ostrzał. Lis podbiegł i szybko wspiął się po szczeblach na poziom zerkając jeszcze na swojego opiekuna. Albert przerwał ogień, a w odpowiedzi poszła seria od napastników. Gdy tylko ustała znowu odezwał się karabin maszynowy. Lis zbliżał się do okna, kiedy, ku jego przestrachowi, wpadł przez nie granat. Chłopak zrzucił go uderzeniem kolby na dół i przypadł  do ściany. Po krótkiej chwili ręczny pocisk wybuchł na ziemi. Lis znowu podszedł do otworu. Przez szparę zobaczył pozycję napastników – z tego miejsca mógł ich prosto wystrzelać. Chwycił mocno karabin, wziął oddech, jeden.. drugi.. trzeci – wychynął przez okno i posłał na wroga całą resztę magazynka, 16 kul poprzebijało trzech przeciwników, trafiły w głowy, gardła i górne części torsu. Ostatnie skurcze mięśni spowodowały oddanie pojedynczych strzałów gdzieś w przestrzeń. Wszystko ucichło, bez ognia, bez krzyków, zero ruchu. Lis zbiegł na dół, odrzuciwszy po drodze pustą broń i przypadł do rannego Alberta.
-Co mam zrobić?! -Na te słowa jego opiekun zastanawiał się szybko, jak uciec śmierci. Apteczki, zestawy lecznicze - nie, brak w nich odpowiedniego inwentarza. Może Angèle? Ta opcja też odpadała – przenoszenie go i pokonanie całej drogi, nawet samochodem, skończy się zgonem. Myślał intensywnie, aż dotarła do niego smutna prawda. Umrze i nic już nie zdoła tego zatrzymać, życie uchodziło z niego milowymi krokami.
-Ty już... nic nie zrobisz.. to koniec -Na krew spadły łzy z oczu konającego. Świadomość śmierci zabierała wszystko
-Ale, jak?! Mamy leki, medyki, Angèle jest w Noroy..
-Odpuść, to nic nie da. Ja tu.. zginę. Kiedyś musiało się stać. Posłuchaj mnie, Lisie – Ty.. ty masz żyć, nie moją śmiercią, ale swoim życiem. Wiesz.. umiesz już dość. -Albert nachylił się do swojego podopiecznego -Posłuchaj: masz jeszcze jeden prezent. W komórce, w rogu, pod podłogą jest schowek. Wykorzystaj wszystko, teraz wszystko jest twoje.
-Kim oni w ogóle byli?
-Nie wiem, Lisie, nie wiem. Przeszukaj ich, może coś znajdziesz. Och... byłeś dla mnie prawie, jak syn, no może taki dobry bratanek, heh. Wierzę.. że dasz sobie radę, musisz..
Serce Alberta Lerraulta wybiło jeszcze ostatnie sekundy i stanęło, a razem z nim serce Lisa. Przy akompaniamencie burzy z czterdziestolatka uleciało życie, które nie miało nigdy powrócić. Mijały sekundy, a Albert nie wykazywał oznak życia. Bez oddechu, a serce nie biło. Sekunda, dwie trzy – jego serce wciąż nie uderzało, ale Lisa znów zaczęło. Ponownie wrócił mu oddech – on dalej żył.
Odłożył delikatnie ciało swego mentora. Otworzył stodołę i nie zważając na ciężki deszcz wziął łopatę i zaczął kopać dół pod małą brzozą, która rosła przy budynku. Bez ustanku przerzucał ziemię, a kiedy skończył wciąż padało. Owinął ciało Alberta w czyste, białe prześcieradło i futro z niedźwiedzia, które od zawsze wisiało przybite gdzieś z boku. Przeniósł tę trumnę i złożył do grobu. Zasypał wszystko, a za kopcem wbił deskę, na której wyrył swoim nożem napis „Albert Lerrault 12maja 1992-16 czerwca 2032”. Lis stał nad grobem jeszcze 5 minut, a następnie ruszył sprowadzić zostawiony w lesie samochód i przeszukać ciała ludzi, którzy ich zaatakowali. Zebrał pistolety, karabiny, granaty i strzelbę oraz trochę innego osprzętu przy okazji strzelając w głowę z pistoletu każdemu z ciał. Najciekawszy okazał się ekwipunek przywódcy – gościa z AKM, który prowadził frontowy atak. Lis znalazł przy nim wojskową lornetkę, stymulanty i PDA. Później wszystkie ciała zrzucił w rozpadlinkę z lewej strony stodoły, tak by górował nad nimi grób Alberta, a następnie, z pełną premedytacją, niemal ceremonialnie się na nie odlał. Wrócił do budynku dokładnie go zamknąwszy. Lampy zasilane z akumulatora oświetlały wnętrze pomarańczowatym światłem. Stosik zebranej broni leżał w cieniu, przy ladzie, za którą siedział Lis przeglądający resztę przedmiotów. Te, które nie nadawały się do użytku, zepsute i stare rzucał na bok, a pozostałe suwał w kierunku rynsztunku. Gdy skończył zostało mu już tylko zdobyczne PDA. Wcisnął środkowy przycisk i odblokował ekran. W palmtopie figurowało jedynie kilka rzeczy; notatnik, dyktafon, programik do rysowania, kalkulator, konwerter oraz mapa okolic domu Lisa. W notatkach znajdował się jeden wpis:
'Obiekt: Albert Lerrault
'Zadanie: Wyeliminować
'Dane: Dostałeś odpowiednią mapę pokazującą obszar pobytu celu. Za pomocą starych linii kolejowych, ty i twoi ludzie, dostaniecie się z dziewiątki do dwunastki. Tam czekać będzie na was mała ciężarówka, którą dojedziecie w pobliże punktu docelowego. Przez las macie iść na piechotę, ciężarówkę zniszczyć. Po zakończeniu zadania przyjdźcie do trzynastki. Nagrodę rozprowadzimy wedle wcześniej ustalonego planu. Macie 12 dni. Luper.

Oznaczało to, że za tą napaścią stał niejaki Luper. Kim był i dlaczego chciał śmierci Alberta? Lis nie miał pojęcia, ale w całej notatce nie napisano nic o nim samym, więc oni nie znali faktu, że ich cel nie jest sam. Co się teraz stanie, kiedy wynajęci zabójcy nie powrócą po nagrodę? Mogą zaatakować ponownie. Lis przypomniał sobie, że „w komórce, w rogu, pod podłogą jest schowek.” i ma wykorzystać wszystko, bo wszystko jest teraz jego. Chłopak wstał z podłogi. Otworzył klitkę, która dzięki swojemu położeniu z tyłu obiektu oraz małej drewnianej barykadce nie odniosła uszkodzeń. Zastanawiał się, w którym rogu może być ta skrytka, zaczął kopać w każdy, aż spod prawego kątu od wejścia wydobył się głuchy dźwięk. Deski nie były tam przymocowane, podważone przez Lisa wyskoczyły ze swoich miejsc.
W wypustce, jaka powstała, leżała brunatna skrzynia z twardego polimeru. Lis otworzył ją, we wnętrzu znajdował się jakiś strój. Po rozłożeniu ubranie okazało się wytrzymałą, sięgająca nieco za pas, buro-feldgrauową kurtką terenową uszytą z porządnego materiału, do której doczepiono licznik Geigera-Müllera, z kieszeniami przy spodzie i na piersiach oraz z zaczepami na przedmioty również na dolnej części i na plecach. W jedną z niższych kieszeni wetknięte były skórzane rękawice przedniego wyrobu. Po podniesieniu odzienia ukazały się na spodzie kufra: nóż wojskowy z burgundową rękojeścią i bez jelca oraz pistolet – nowy, długi na 20 cm SP K-B v.5 z magazynkiem w środku. Pełna wersja nazwy to „Special Pistol Kałasznikowa-Bluesera version 5”. Jego twórca, Wadim, był potomkiem Michaiła Kałasznikow, ale po zmianie płci przeprowadził się do USA, gdzie wyszedł za Waltera Bluesera, którego przed zyskaniem „nowego życia” znano jako Jaine, urodziwą brunetkę. Broń stworzono z najwyższej jakości, odpornych materiałów sztucznych, jej uchwyt, w nasyconym czarnym kolorze, pokrywały rosyjskie wzory ludowe. Reszta konstrukcji połyskiwała srebrzystą barwą. Na lewym boku umiejscowiono blokadę, a na prawym wygrawerowano, jakiej amunicji można użyć. Lista obejmowała 5 pozycji: aSP K-B, przeznaczoną specjalnie do tego pistoletu oraz 9 × 19 mm Parabellum, 9 x 18 mm PMM, 9 × 21 mm SP-10 i chińską ZRG 6. W skrytce leżały też kolejne dwa pełne magazynki. Lis zamknął skrzynię. Wiele otrzymał, ale w wyniku złych zdarzeń. Potop ciężkich myśli zalał jego umysł. Żeby się go pozbyć Lis zabrał się za naprawę stodoły, która po niedawnej walce bardzo jej potrzebowała.
Na następny dzień Lis przekazał smutną wiadomość wszystkim w Nouveau Noroy, pomijając, ze względu na nieobecność, Iana. Dwa dni zajęła naprawa stodoły, z wyjątkiem jednej dziury w dachu, która istniała tam jeszcze przed walką, wszystko zostało załatane. Przez ten czas uśmiech nie miał prawa wstępu na twarz. Kiedy Lis wykonał całą robotę stanęło przed nim znamienne pytanie: co robić? Co teraz ma zrobić?
Został sam, zawsze ktoś był przy nim, dbał i opiekował się, a teraz nie ma już nikogo. Człowiek, który go tu przywiózł zniknął, albert nie żyje. Pozostał sam i nie wiedział co robić. To pytanie dręczyło go cały czas. Nie miał, jak od niego uciec; zapasy przyniesione, budynek wyremontował. Nikt też nie pojawił się tu odkąd Angèle z innymi mieszkańcami przyszli oddać hołd nad grobem jego opiekuna. Czas się dłużył, mijał powoli, zbyt powoli. Dopóki pracował nie myślał, ale każdą wolną chwilę zajmowało mu tłumienie łez. Chciał krzyczeć i płakać. Pustka po stracie niemal go rozrywała.
Poranek, 19 czerwca 2032 roku - to był piękny dzień, bezchmurne niebo rozpromienione słońcem i porządną dawką promieniowania radioaktywnego, bezwietrznie, a temperatura oscylowała w granicach dwudziestu-trzydziestu stopni Celsjusza. Lis siedział przy oknie, oświetlony przez najjaśniejszą z gwiazd, rozmyślając nad tym, co powiedział mu Albert przed śmiercią. I, gdy tak myślał, do głowy przyszła mu odpowiedź na nurtujące go od pewnego czasu pytanie. Odpowiedź krótka i treściwa zerwała Lisa spod okna, oddarła od rozmyślań. Chłopak ubrał się w strój ze skrytki, założył swoje najmocniejsze buty terenowe, a'la glany. Wspominając ostatnie słowa swojego opiekuna dotarło do niego co teraz ma zrobić, miał odpowiedź – żyć. Lis zjadł coś na szybko, orzeźwił się wodą. Wziął swój pistolet SP K-B v.5, wojskowy nóż i strzelbę powtarzalną typu pump action, którą obleczono w lite drewno mające przykryć metalowe elementy kolby. Zabrał również inny osprzęt, typu apteczki, lornetka i ruszył do wrót stodoły. Gdy je otworzył wnętrze rozświetliło potężne światło. „Trzeba żyć” Lis wkroczył w jasność i zamknął za sobą drzwi. To był piękny dzień pełen słońca i porządnej dawki promieniowania w świecie, w którym trzeba żyć.
---
Mam cholerną nadzieję, że się przyjęło. A tutaj taki materialik dodatkowy. Mapka zrobiona na podstawie odręcznego planu i tytuły opowiadania, o którym trułem kiedyś.
-Sądzę, że łatwo się domyślić i opisy nie będą potrzebne.
Tytuły: Lisek Paczka z Moskwy, Лисёнок Посылка с Москвы, The Little Fox the Package from Moscow, Le Petit Renard Paquet départ de Moscou, Das Fuchschen das Pack aus Moskau
Strony: [1]




© 2003 - 2024 Tawerna.biz - Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i publikowanie jakichkolwiek elementów znajdujących się w obrębie serwisu bez zgody autorów jest zabronione!
Heroes of Might and Magic i powiązane z nimi loga są zastrzeżonymi znakami handlowymi firmy Ubisoft Entertainment.
Grafiki i inne materiały pochodzące z serii gier Might & Magic są wyłączną własnością ich twórców i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych.
Powered by SMF 2.0 RC1.2 | SMF © 2006–2009, Simple Machines LLC | Theme by jareQ
Strona wygenerowana w 0.063 sekund z 14 zapytaniami.
                              Do góry